Facebook

Armenia, czyli jak zostałem Ormianinem...

Plan wydostania się z Tibilisi i dotarcia do Erywania był dość prosty oraz opracowany przez nas jeszcze wieczorem. Pomógł nam w tym właściciel hostelu. Metrem dojechaliśmy do stacji Samgori, skąd odjeżdżały marszrutki w cenie 2 GEL za osobę do miejscowości, zwanej Marneuli. Stamtąd mieliśmy łapać stopa do granicy i dalej do Erywania. O dziwo, udało nam się wszystko zrealizować w stu procentach.

W oczekiwaniu na pociąg metra w Tibilisi

Dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie, wykąpaliśmy się (jak już pisałem, trzeba korzystać, póki jest), zjedliśmy śniadanie i cichaczem wyszliśmy z hostelu, gdyż wszyscy jego mieszkańcy jeszcze smacznie spali. Pogoda była słoneczna, ale jeszcze nie było upalnie. To dobrze, bo drałowanie do stacji metra z dwudziestokilowym plecakiem, nawet jeśli odległość nie była duża, wcale nie należy do przyjemnych, gdy żar leje się z nieba. Po wyjściu z metra zaczęliśmy szukać postoju dla busików, jadących w stronę Marneuli (naprawdę świetna baza wypadowa dla ludzi podróżujących autostopem, którzy chcą się udać na południe, w stronę Armenii). Nie było to trudne, gdyż z daleka mogliśmy usłyszeć nawoływania naganiacza, który wykrzykiwał tylko jedno słowo: MARRRNEUUUULIIII. Podeszliśmy do niego i oczywiście chłopak od razu zakochał się w Magdzie. Po załadowaniu rzeczy do samochodu, gdy oczekiwaliśmy na innych towarzyszy podróży, co chwilę podchodził do niej, zagadywał, dotykał jej rękę. A ta oczywiście miała z tego niezły ubaw. Gdy już ruszyliśmy z dworca, machał nam (jej) na pożegnanie radośnie szczerząc zęby. 

Rondo w Marneuli
W Marneuli wysiedliśmy na rondzie i kierowca wskazał nam miejsce, gdzie najlepiej stanąć, by zacząć łapać samochody jadące w stronę granicy. Ledwie tam podeszliśmy, to podjechał jakiś starszy jegomość i zaczął pytać, skąd i gdzie jedziemy. Po chwili rozmowy zaprosił nas do siebie, ale niestety musieliśmy odmówić. Jeszcze dzisiaj przecież chcieliśmy się znaleźć w Erywaniu. Gdy odjechał, machnąłem tylko ręką, widząc zbliżający się samochód i zatrzymał się szary Opel Astra II. Siedziała w nim trójka policjantów w mundurach. Oczywiście nie przeszkadzało to im, byśmy się również załadowali do auta na tylne siedzenie (wraz z naszymi plecakami), gdzie już siedział jeden z nich. Jak sardynki w konserwie przejechaliśmy kilkanaście kilometrów. Gdy wysiadaliśmy, to policjanci również nas chcieli zaprosić na obiad (a raczej wczesne śniadanie) i im również musieliśmy odmówić. Nie minęły dwie minuty, jak złapaliśmy kolejną podwózkę. Już do samej granicy jechaliśmy z armeńskim taksówkarzem, który wracał właśnie z Władykaukazu, bo tam kogoś zawoził (niezły kurs mu się trafił). Najpiękniejsza jednak wiadomość była taka, że jechał on aż do samej stolicy Armenii. Szybko jednak minęła, jak uświadomiłem Magdę, że my będziemy musieli pokonać granicę pieszo i pewnie nasze przejście do drugiego państwa zajmie więcej czasu niż przez naszego kierowcę, więc pewnie na nas nie poczeka. Nie jesteśmy przecież w Strefie Schengen. No i niestety miałem rację, a to, jak to wyglądało na granicy, najlepiej opisuje Magda:
[...] A przez granicę gruzińską Misiek mógłby przemycić WSZYSTKO, a przejść pewnie na paragonie z Tesco. Strażnik, zamiast na niego i jego paszport, gapi się na mnie i w mój paszport „sprawdzany” przesz drugiego strażnika – którego bardziej niż mój dokument interesuje podrywanie mnie. Na granicy armeńskiej zostaję przywitana polskim „dzień dobry” i kilkoma innymi zwrotami, a i tu również bez krótkiej pogawędki się nie obędzie.[...]
Na pograniczu gruzińsko-armeńskim
Do Erywania dojechaliśmy w sumie trzema stopami. Ostatni, najdłuższy fragment trasy, liczący około 200 kilometrów, przejechaliśmy z młodym, miłym chłopakiem. Podróż z nim mijała bardzo przyjemnie, ale niestety też bardzo długo, gdyż baaardzo powoli jechał. Po drodze słuchaliśmy ormiańskiej muzyki i uczyliśmy się kilku zwrotów w ormiańskim języku. Mi wyraźnie nie szła nauka, bo gdy próbowałem wymawiać zdanie "Jesteś piękną dziewczyną", to wychodziło mi "Jesteś grubą dziewczyną". Najlepsze, że zarówno ja, jak i Magda, nie słyszeliśmy różnicy w obydwóch zdaniach, wypowiadanych przez naszego kierowcę. Podobno inaczej brzmi literka "K" w wyrazie "Piękna", a inaczej w "Gruba". No nic, obejdzie się bez podrywania dziewczyn w Armenii. Potem się jednak przekonałem, że trzeba było bardziej skupić się na nauce tego języka, gdyż Ormianki są przepiękne. Moja częstotliwość zakochiwania się w dziewczynie na ulicy w stolicy wynosiła średnio co pięć minut. No po prostu chodziły tam same ideały kobiet, które całkowicie są w moim guście, jeśli chodzi o cechy fizyczne. 

Postój na stacji paliw gdzieś w Armenii
Wysiadamy gdzieś na obrzeżach miasta. Jest kilka minut po godzinie siedemnastej i upał jest nie do zniesienia. Jesteśmy głodni, nie mamy pieniędzy i na dodatek przypominamy sobie (a raczej uświadamia nas o tym jeden z napotkanych Ormian), że jest sobota i banki są już zamknięte. Czyli wymiana dolarów na armeńskie dramy nie wchodzi w rachubę i trzeba udać się do bankomatu. Po wypłaceniu 10 000 dram (nie, wcale nie przybyło nam pieniędzy na koncie. Jest to równowartość w zaokrągleniu naszych stu złotych) udajemy się do najbliższego sklepu w celu zakupienia czegoś do jedzenia. Po wejściu do pierwszego lepszego budyneczku, gdzie można dostać artykuły spożywcze, okazuje się, że sprzedaje w nim Kalina, która na dodatek mówi dobrze po polsku... Jej syn ożenił się z Polką i ona nauczyła się dzięki temu naszego języka oraz parę razy odwiedziła nasz kraj. Przemiła kobieta. Od razu zaoferowała pomoc w znalezieniu taniego noclegu. Niestety miejsca, które nam pokazywała wcale nie były tak tanie, a my już woleliśmy nasz namiot. Zaproponowała nam również, że jeśli zostaniemy do poniedziałku, to zabierze nas do Garni i Geghard, bo akurat ma wtedy wolne. Oczywiście nas na takie rzeczy nie trzeba namawiać i od razu wymieniliśmy się numerami telefonów, zakupiliśmy jadło i udaliśmy się do pobliskiego parku w celu jego konsumpcji.
[...]Na „obiad” idziemy do małego parku za sklep, gdzie oczywiście jesteśmy dla miejscowych atrakcją. Dwóch mężczyzn mnie zaczepia i pyta o to, co zawsze, czyli, kto, co, gdzie, jak i po co. Mężczyźni myślą, że Misiek jest Ormianinem, bo ma ormiański nos. Rozmywam ich złudzenia, po czym dostaje(my) propozycję noclegu u jednego z mężczyzn – Arsena. Idę do Miśka przedyskutować sprawę, a do dyskusji oczywiście nie dochodzi, bo nad czym tu się zastanawiać? Oświadczamy Ormianom, że chętnie skorzystamy z ich propozycji, po czym idziemy zwiedzać miasto (wcześniej dostajemy od Kaliny dwie przepyszne bułki z ziemniakami).[...]
Do centrum miasta dojeżdżamy którąś z marszrutek miejskich. Spotykamy w niej młodego mieszkańca stolicy, z którym wysiadamy przy budynku opery. Postanawia nam on pokazać ciekawsze miejsca w pobliżu, tzn, gdzie warto zjeść, co warto zobaczyć i jak stąd dojść do najważniejszych atrakcji stolicy. Po krótkim oprowadzaniu rozdzielamy się z nim i idziemy na piwko do jednego z pubów. Jest zdecydowanie za gorąco na zwiedzanie miasta z wielkimi plecakami, dlatego trzeba się po prostu napić, a jak już się zrobi przyjemniej, to udać się na spotkanie z Arsenem w umówionym wcześniej miejscu. 


Most Kievan po zmroku
Miejscem tym był Most Kievan. Na naszej mapie wcale nie wydawał się on tak daleko od miejsca, w którym się obecnie znajdowaliśmy, dlatego postanowiliśmy się przejść. Spacer okazał się dość długi i na miejsce dotarliśmy, jak już się ściemniło. Po drodze mijaliśmy Lovers Park (Park Zakochanych), w którym odbywała się akurat jakaś impreza techno. Jako, że na muzyce elektronicznej się znam i potrafię odróżnić jej gatunki, to było najprawdziwsze, czyste techno. Korciło nas niesamowicie, by wbić na to party i pobujać się w rytm basów, które można było usłyszeć ze znacznej odległości. Niestety zrezygnowaliśmy po raz kolejny przez nasze plecaki i przez to, że byliśmy umówieni w okolicach mostu około godziny 21:00. Odnalezienie się z Arsenem na tym moście wcale do najłatwiejszych nie należało, gdyż nie potrafiliśmy się dogadać z której jego strony mamy się spotkać. Po kilku rozmowach telefonicznych, które mnie kosztowały utratę wszystkich środków na karcie (dogadanie się z troszkę popsutego telefonu Magdy było dość trudne) w końcu się odnajdujemy. Starszy Ormianin czeka na nas ze swoimi przyjaciółmi w pareczku, mieszczącym się tuż przy moście. Gdy już się z nimi witamy, zaprowadza nas w miejsce, gdzie mieliśmy spędzić najbliższą (a jak się później okazało i dwie kolejne) noc. Prowadzi nas po ciemnych alejkach parku w stronę rzeki, a następnie pod most. Nie powiem, ale w tym momencie poczułem pewien niepokój, gdyż to miejsce nie wyglądało wcale na przyjazne...

Po chwili jednak u podnóża jednego z wielkich kamiennych filarów pokazała się nam chatka i wybiegły na spotkanie dwa małe pieski, merdające ogonami i obszczekujące nas. Okazuje się, że trafiamy do domku letniskowego naszego przyjaciela, który jakby nie patrząc, stoi bardzo blisko centrum miasta. 
[...]To taka melina trochę, choć bardzo przyjemna. Arsen codziennie spotyka się tam ze swoimi znajomymi, tworzą jakieś cuda z drewna (to budę dla psa, to skład drewna, to… małą cerkiew) i piją alkohol. Całości pilnuje strażnik Giena – bezdomny, który w zamian za dach nad głową dba o posesję (no i zmywa gary, sprząta butelki i pety). Rozmawiamy chwilę z Arsenem, po czym myjemy się z źródełku i idziemy spać na małym, twardym łóżku w pokoju pełnym dewocjonaliów, staroci i sprzętu do robienia samogonów wszelakich.[...]
Palenisko z grillem, źródełko po środku i mała cerkiew z prawej - wszystko wykonane przez Arsena i jego drugów.
W niedzielę rano wstajemy i idziemy do centrum miasta, skąd miała odjechać marszrutka do naszego głównego celu wyprawy do Armenii - Khor Virap. Ze wzgórza, które na początku naszej ery pełniło rolę więzienia, rozpościerał się cudowny widok na świętą górę Ormian - Ararat. Jak już pisałem w pierwszym poście, mieliśmy nocować w tym miejscu pod namiotem, by obudzić się z rana z cudownym widokiem. No ale jak już mamy totalnie darmowy nocleg w samej stolicy, pod dachem, to nie będziemy przecież kombinować. Możemy zrobić sobie bazę wypadową z Erywania do pobliskich atrakcji i nie taszczyć wszędzie ze sobą ciężkich plecaków.


Udało nam się dojrzeć Ararat już w stolicy. Czy wy też go widzicie?
Wysiadamy z marszrutki wraz z grupką Azjatów na skrzyżowaniu z drogą, prowadzącą na wzgórze. Jest do przejścia, jeszcze kawałek drogi, godzina wczesno przedpołudniowa, a temperatura powietrza około 40 stopni Celsjusza. Dookoła otacza nas krajobraz, do którego już się przyzwyczailiśmy przejeżdżając przez Armenię, a który zacznie różni się od tego w Gruzji. Ziemia jest wypalona przez słońce, uboga roślinność, jakieś pola uprawne, dookoła przeważają barwy żółto-brązowo-beżowe, ale w oddali widzimy wzgórze, na którym znajduje się świątynia, a za nią znacznie lepiej widoczną, niż z oddalonej o około 40 km stolicy, Górę Ararat. Idziemy spokojnie w kierunku monastyru, co chwilę zatrzymując się i cykając zdjęcia.


Khor Virap i Góra Ararat w tle
Na miejsce, gdzie pod koniec III wieku naszej ery więziony był św. Grzegorz Oświeciciel, docieramy w czasie, gdy zjeżdżają się tam ludzie z pobliskich miejscowości i stolicy. Jest to czas nabożeństwa, które odbywa się w kościele Matki Bożej. Na chwilę wstępujemy do środka, gdzie kazanie wygłasza jakiś duchowny, stojący na podniesieniu w towarzystwie kilku chłopaków ubranych w białe komże. Chwilę rozglądamy się po wnętrzu świątyni, obserwujemy ludzi modlących się w języku, którego kompletnie nie rozumiemy, modlę się krótko (w swoim języku) i wychodzimy. Rezygnujemy również z zejścia do siedmiometrowej jamy, w której niegdyś był więziony święty, gdyż kolejka do niej jest dość długa. Ogólnie po monastyrze kręci się masa ludzi, którzy przyjechali tu nie tylko po to by się modlić, ale w przeważającej ilości byli to po prostu turyści. Kierujemy się dlatego na wzgórze, by podziwiać Ararat.


Widok na monastyr ze wzgórza
Góra Ararat, to nic innego, jak masyw wulkaniczny, który leży na terytorium obecnej... Turcji. Tak, święta góra, która jest na logo pieczęci, jaką dostaje się po przekroczeniu armeńskiej granicy, leży na terenie największego wroga Ormian. Zaledwie około 40 kilometrów od miejsca, gdzie w owej chwili się znajdowaliśmy. Jest praktycznie na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie całkowicie niedostępna ze względu na dawne utarczki. Nam ten masyw górski, składający się z dwóch szczytów (większy sięga wysokości 5137 m n.p.m.), kojarzyć się może pewnie z biblijną opowieścią o Noe i tym, że po wielkim potopie osadził on swoją arkę właśnie na tej górze.


Relaks z Araratem w tle
Po powrocie z Khor Virap postanawiamy coś zjeść. Udajemy się do jednej z restauracji, którą polecił nam Ormianin, poznany dzień wcześniej w busiku miejskim. Chcieliśmy zamówić jakąś typową armeńską potrawę i po konsultacji z kelnerką zdecydowałem się na coś, czego nazwy nie potrafiłem wymówić (jakieś dobre mięcho z jajkiem sadzonym i frytkami), a Magda na armeńska dolmę (ryż zawinięty w jadalne liście winogron). Obiad nam bardzo smakował, a zapłaciliśmy za niego jakieś cztery tysiaki. Oczywiście dramów. 


Po lewej jedzonko Magdy, a po prawej moje ;)
Nasyceni i napici idziemy zwiedzać miasto. Na początek padło na Kaskadę, czyli podwójny ciąg schodów wspinających się na wzgórze na północ od centrum. Pod schodami znajduje sie otwarte w 2009 roku Muzeum Sztuki Cafesijana,gdzie zgromadzone zostały liczne dzieła sztuki ormiańskiej i kolekcja przedmiotów ze szkła. Do muzeum się jednak nie udajemy, a wspinamy w górę po schodach, podziwiając kiczowate rzeźby zdobiące miejsca przy fontannach (to właśnie te fontanny, z których woda spływa po progach w dół, noszą nazwę Kaskad). Górna część schodów jest wciąż rozbudowywana. Ze szczytu rozpościera się widok na całą stolice i oddalony Ararat, który jest znacznie mniej widzialny przez odległość, ale także przez gorące powietrze, które zmniejsza widoczność.


Kaskady

To nie chmura, to Ararat "zawieszony" nad Erywaniem
Gdy zeszliśmy ze schodów, udaliśmy się na dalsze zwiedzanie centrum miasta. Spacerowaliśmy spokojnie po uliczkach, popijając pyszny orzeźwiający koktajl owocowy. W pewnym momencie, kiedy szliśmy w kierunku Błękitnego Meczetu, zaczepił mnie pewien Ormianin, mówiąc coś do mnie. Oczywiście nie zrozumiałem i po przejściu na rosyjski wyszło, że starszy jegomość myślał, że jestem Ormianinem. Myślał tak przez mój nos :D Oczywiście rozbawiła nas ta sytuacja, bo to trochę tak, jakbym szedł przez Wrocław i zaczepił pierwszego lepszego chłopaka i spytał czy jest Polakiem, bo ma słowiańską urodę... Takie rzeczy tylko w Armenii, no ale jak dwie osoby w ciągu dwóch dni myślą, że jestem Ormianinem, to może coś w tym jest. Trzeba lepiej zbadać chyba swoje korzenie. Swoją drogą, to może być też przyczyna tego, że tak podobają mi się Ormainki :D


Błękitny Meczet - świątynia  z 1765 roku,
można tu poczuć atmosferę sąsiadującego z Armenią Iranu.
Spacerowaliśmy po ulicach stolicy jeszcze dość długo, aż w końcu postanowiliśmy wrócić do naszej małej rezydencji, gdy zaczęło się ściemniać. Na miejscu odkryliśmy otwarte drzwi do pomieszczenia, w którym spaliśmy i gdzie zostawiliśmy nasze rzeczy. Z początku nas trochę to zaniepokoiło, ale jak weszliśmy do środka, to okazało się, że na jednej z wersalek śpi w najlepsze Arsen. Okazało się, że czekał on na nas całe popołudnie, pijąc przy tym oczywiście alkohol ze swoimi przyjaciółmi, ale my tak długo wracaliśmy z miasta, że w końcu zasnął. Gdy już poszedł, poszliśmy wykonać rytualną kąpiel w źródełku. Plan na kolejny dzień był taki, by pojechać do Garni (niestety bez Kaliny, bo nie mieliśmy się jak z nią skontaktować), a wieczorem opuścić stolicę i autostopem ruszyć w kierunku Gruzji i dalej Batumi, skąd za kilka dni mieliśmy lot powrotny do Polski.


Fabryka Koniaku Ararat
W poniedziałek wstaliśmy około godziny jedenastej. Marszrutką jedziemy do Garni. Wejście do świątyni pomijamy, gdyż trzeba zapłacić 1000 dram za osobę, a my nie mieliśmy kompletnie gotówki poza tą na powrotnego busika do stolicy. Postanawiamy zejść do malowniczego wąwozu rzeki Azat, gdzie można podziwiać Symfonię z Kamienia, czyli pionowe klify z charakterystycznymi bazaltowymi kolumnami w kształcie organowych piszczałek. Temperatura przewyższa 40 stopni Celsjusza, a my spacerujemy po wąwozie przez około półtorej godziny. Wszystko pięknie, ale zejście do wąwozu było dość strome, a my przyjechaliśmy w to miejsce w sandałach, zostawiając nasze trekkingowe buty gdzieś głęboko w plecakach w domu Arsena. Tyle zawsze się śmiałem z różnego rodzaju dziuń, wchodzących na Giewont w szpileczkach albo gości próbujących zdobyć Rysy w dresie i adidasach, a sam postąpiłem nie lepiej. No ale bywa :D 


Pod Symfonią z Kamienia - Wąwóz Garni

Widok z wąwozu na przedchrześcijańską świątynię z I w. n.e.,
poświęconą bóstwu słońca - Mitrze
Po powrocie do stolicy idziemy na ormiański szaszłyk. Jest przepyszny, chociaż trochę na niego musieliśmy czekać (a nie przepadam za tym, gdy jestem meeega głodny). Następnie postanawiamy odwiedzić jeszcze jedną knajpkę, gdzie pijemy pyszne wino wytrawne (Magda) i genialne piwo Kotayk - najlepsze piwo, jakie piłem podczas tej wyprawy. Ogólnie stolica Armenii urzekła nas na tyle, że kompletnie nie chciało nam się jej opuszczać. Jak najdłużej zwlekaliśmy moment powrotu do chatki Arsena, zabrania bagaży i udania się w stronę Gruzji. Ostatecznie zdecydowaliśmy się ruszyć tyłki z wygodnych kanap knajpki (bardzo przystępne ceny, a restauracja wyglądała na dość ekskluzywną) i udać się w stronę mostu. Postanowiliśmy zakupić po drodze kilka butelek wytrawnego wina, które piliśmy w restauracji, gdyż również było ono bardzo dobre. Idąc z zakupami, gdzie oprócz trunków alkoholowych mieliśmy również strawę na dalszą podróż doznaliśmy w pewnym momencie szoku. Gdy przechodziliśmy przez jedno skrzyżowanie, zza bloków pojawił się ni z tego, ni z owego Ararat. I to w całej okazałości. Temperatura już była niższa, zbliżał się zachód słońca, dzięki czemu widoczność była niesamowita.


Hello Ararat! :D
Dotarliśmy do chatki, gdy już było ciemno. Okazało się, że czekał tam na nas Arsen ze swoimi braćmi. Stwierdzili, że nie wypuszczą nas tak szybko, jeśli się z nimi nie napijemy. I tak wyszło, że chłopaki szybko skoczyli do sklepu po żarło oraz picie. Biesiadowaliśmy z nimi parę godzin. Rozmawialiśmy, śmialiśmy, wznosiliśmy toasty. Naprawdę świetnie się bawiliśmy. Ostatecznie przyszedł czas pożegnania i pójścia spać. Musieliśmy wstać jak najwcześniej, by wyruszyć w podróż powrotną do Gruzji, ale już wiedzieliśmy, że może być z tym problem, gdyż zarówno mi, jak i mojej żonie (Arsenowi na samym początku powiedzieliśmy ze względów bezpieczeństwa, iż jesteśmy małżeństwem) bardzo ciężko się wstawało po takich imprezach i jeszcze ciężej opuszczało się miejsca, gdzie poznaliśmy tak świetnych ludzi.


Impreza pożegnalna u Arsena (siedzi koło mnie)
Myślę, że jeszcze pojawi się jeden wpis na tym blogu o samym Erywaniu, gdyż stolica Armenii naprawdę mi się podobała. Miasto ma genialny klimat i naprawdę ciężko je opuścić, o czym się przekonaliśmy parę godzin później. Ale o tym już w następnym poście :)

Armenia, czyli jak zostałem Ormianinem... Armenia, czyli jak zostałem Ormianinem... Reviewed by Michał Cizio on 00:15 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.