Facebook

Tibilisi

Planując wyjazd do Gruzji i Armenii chciałem jak najwięcej czasu poświęcić na poznanie tamtejszej przyrody, gór oraz życia w mniejszych miejscowościach, dlatego nie nastawiałem się na zwiedzanie miast. Magda miała podobne odczucia, dlatego na Tibilisi przeznaczyliśmy zaledwie jeden dzień naszej podróży, by zobaczyć najważniejsze atrakcje stolicy. Zdecydowanie ciągnęło nas na południe, gdzie tuż za granicami czaiła się nieznana nam Armenia i Święta Góra Ararat.

Wysiedliśmy z marszrutki około godziny 10 rano na dworcu autobusowym przy stacji Didube. Jako najważniejszy cel obraliśmy dostanie się do centrum miasta i znalezienie taniego hostelu, gdyż nie udało nam się skontaktować z poznanym pierwszego dnia Vakhao. Wsiedliśmy do pierwszego lepszego miejskiego busika, który poleciła nam jakaś pani na przystanku i poprosiliśmy kierowcę, by wysadził nas na Alei Rustawelego, która prowadzi do głównego placu w mieście - Placu Wolności. 

Okazało się to bardzo dobrym wyborem, gdyż tuż przy miejscu, gdzie wysiedliśmy z pojazdu, znaleźliśmy hostel. Był to BHM hostel, który został polecony w naszym przewodniku. Przed jego wejściem stał właściciel - Irańczyk, posługujący się wieloma językami, ale nieznający gruzińskiego. Dostajemy nocleg za 20 GEL na głowę (jakieś 40 zł) w pokoju wieloosobowym, czyli takim, jakie najbardziej lubię w hostelach. Bierzemy gorący prysznic i doprowadzamy się do porządku po kilku dniach wałęsania się po Kaukazie, by tuż po 12 w południe ruszyć na zwiedzanie miasta.


Wejście do naszego hostelu
Poznawanie stolicy zaczynamy od... obiadu. Tuż obok miejsca, gdzie zamierzaliśmy spędzić noc znajduje się mała restauracyjka. Jako, że byliśmy już bardzo głodni i nie chciało nam się chodzić z pustymi żołądkami, weszliśmy tam oraz złożyliśmy zamówienie. Zdecydowaliśmy się na chinkali czyli takie sakiewki zrobione z ciasta do pierogów nafaszerowane mięsem lub innym farszem oraz rosołem. Wybraliśmy dwie opcje - z wołowiną i grzybami. Obojgu nam bardziej podeszły te z grzybami. Do tego popiliśmy wszystko piwem Natahtari. Ciężko opuszczało się chłodną restaurację, gdyż na zewnątrz panował ponad czterdziestostopniowy upał, ale przecież nie po to przyjechaliśmy do Tibilisi by siedzieć w restauracji i pić piwo cały dzień ;)

Udaliśmy się w kierunku centrum miasta, za jakie jest uznawany pl. Wolności, po drodze mijając między innymi gmach Parlamentu czy Gruzińskie Muzeum Narodowe. Plac Wolności to nic innego, jak wielkie rondo, po środku którego stoi kolumna z pozłacaną figurą św. Jerzego - patrona Gruzji. Miejsce to było świadkiem ciekawych wydarzeń historycznych. W 1907 roku miał tu miejsce napad bankowy, zorganizowany przez nikogo innego, jak samego Włodzimierza Lenina (jego pomnik stał w tym miejscu do 1991 roku zamiast pomnika św. Jerzego) oraz innych wysokich rangą działaczy bolszewickich. Podobno w napadzie na konwój bankowy brał udział również Stalin. Podczas akcji zginęło 40 osób, a komuniści ukradli 341 tys. rubli, co w przeliczeniu daje jakieś 3,5 mln dzisiejszych dolarów. Za skradzione pieniądze chcieli finansować swoją działalność, ale policja upubliczniła nominały skradzionych banknotów i nie było sposobu, by nimi płacić.
Natomiast dziewięć lat temu (2005 rok) ponad sto tysięcy osób miało okazję zobaczyć obchody sześćdziesiątej rocznicy zakończenia II Wojny Światowej. Z tej okazji nastąpiło spotkanie ówczesnych prezydentów Gruzji i USA - Sakaszwilego i Busha. Imprezę zakłócił jednak 27-letni Ormianin - Władimir Arutyunian, który rzucił w głowy państw granatem. Na szczęście nie doszło do jego eksplozji i zamachowca złapano oraz skazano na dożywocie.

Plac Wolności ze św. Jerzym na koniu oraz gmachem ratusza.
Następnie udaliśmy się ulicą K. Abchazi w kierunku Mostu Metechi. Spacerowaliśmy powoli, zaglądając do małych, bocznych uliczek. Podziwialiśmy straganiki stojące przy chodniku. Minęliśmy Katolicki Kościół NMP, Synagogę i Kościół Ormiański, a następnie przed mostem skręciliśmy w lewo, by iść wzdłuż rzeki w stronę Mostu Pokoju - chyba najbardziej charakterystycznej budowli w stolicy. Upał doskwierał niemiłosiernie i korzystaliśmy z małych mgiełek wodnych wylatujących z zadaszeń ogródków piwnych wśród wąskich alejek. Naprawdę świetne rozwiązanie na upalne dni i dziwi mnie, że nie można tego spotkać w polskich miastach podczas najgorętszych dni w roku. Ne wchodziliśmy do Katedry Sioni czy Muzeum Historii Tibilisi. Kompletnie nie interesowało nas zwiedzanie budowli, a chcieliśmy bardziej poczuć klimat miasta.

Jedna z wielu kawiarenek o bardzo ciekawej nazwie
Most Pokoju został oddany do użytku w 2010 roku i miał za zadanie połączyć oba brzegi rzeki Kury i dwie części miasta. Stare Miasto i nowoczesną dzielnicę Tibilisi. Ma długość 150 metrów i jest to nic innego, jak kładka dla pieszych. Ma ona jednak futurystyczną konstrukcję, wykonana jest ze stali i szkła, a jej wygląd sprawił, że bardzo szybko stała się wizytówką miasta. Podobno miejscowi nazywają ją Always Ultra :D Można ją znaleźć na większości widokówek z tego miasta. Przechodząc przez most ma się wrażenie, jakby się człowiek znalazł w jakimś Matrixie. Zresztą sami zobaczcie na zdjęciu ;)

Most Pokoju - ten gość, to nie ja ;D

Na wschodnim brzegu rzeki podziwialiśmy chwilę tańczące fontanny w Rike Park (akurat trafiliśmy na końcówkę pokazu), a następnie udaliśmy się w stronę dzielnicy, gdzie między innymi znajduje się Pałac Prezydencki. Okolice pałacu Sakaszwilego najlepiej chyba ukazane są w krótkim filmiku nagranym przez Magdę moim aparatem. Widać na nim pięknie kontrast kosztownej rezydencji i zaniedbanych budynków mieszkańców tej dzielnicy.                                                                                

Spod pałacu udaliśmy się do katedry Cminda Sameba, która prezentuje się znacznie bardziej okazale niż ten kościółek górujący nad Kazbegi. Jest to najwyższa prawosławna świątynia na świecie poza Rosją i jednocześnie największa w Gruzji (od podstawy do szczytu jest 105,5 metra). Zbudowana na miejscu dawnego cmentarza ormiańskiego. 

Katedra Cminda Sameba
Spod katedry udaliśmy się niespiesznie inną drogą w stronę naszego hostelu. Trochę odpoczęliśmy w jednym z miejskich parków i zjedliśmy brzoskwinie. Popołudniem udaliśmy się się na zwiedzanie okolic bardziej na północ od BHM. Podziwialiśmy stragany na Placu Rewolucji Róż, kupiliśmy jakieś pamiątki i następnie udaliśmy się na zakupy do popularnego sklepu należącego do sieci Smart (logo wiewiórki i chyba jedna z droższych sieci, jaką mogliśmy wybrać). Chcieliśmy zrobić zapasy żywności przed dalszą częścią podróży i kupić coś taniego do przyrządzenia w hostelu na kolację. Co nas bardzo zdziwiło, to daty (nam się wydawało, że były to daty ważności) na produktach. Oznaczałoby to, że wszystkie produkty w sklepie były przeterminowane. Tylko niektóre produkty miały datę, która miała nastąpić za kilka dni. Do tej pory nie wiemy czy faktycznie wszystko w tym sklepie było stare, ale w sumie jak wino rocznik 2012 może być w sklepie i należy je spożyć do któregoś tam maja 2013 roku. Liczyłem, że może to wszystko to data dostarczenia do sklepu albo zabutelkowania, ale wychodziłoby na to, że dżem jest np. z przyszłości. Po długich debatach i rozmyślaniach nad tym, co tu wybrać, by się nie zatruć, zdecydowaliśmy się na makaron i najtańszy sos do spaghetti. To była nasza kolacja.

Zanim jednak przystąpiliśmy do jej przygotowania i spożywania, udaliśmy się na wieczorne zwiedzanie miasta. Chcieliśmy udać się na wzgórze Sololaki, gdzie znajduje się Twierdza Narikala, by stamtąd podziwiać zachód słońca i to, jak oświetlone jest miasto po zmroku. Na wzgórze wjechaliśmy kolejką linową. Przejazd kosztuje 1 GEL za osobę (trzeba mieć kartę miejską, której wyrobienie kosztuje 2 GEL, ale zachowując paragon zakupu, można do miesiąca czasu zwrócić ją i otrzymać zwrot jej kupna). Wjazd jest dość szybki, ale można podziwiać panoramę miasta z okien wagonika. 

Twierdza Narikala góruje nad miastem i jest widoczna praktycznie z każdego miejsca. Pierwszą budowlę obronną w tym miejscu wznieśli Persowie w IV w., później była najeżdżana, niszczona i rozbudowywana przez arabskich kalifów czy w XII-XIII w. Gruzinów. Jej obecną nazwę nadali Mongołowie, a oznacza ona Mniejszą Twierdzę. Po trzęsieniu ziemi w 1827 roku mury częściowo rozebrano i taki jej wygląd zachował się do dzisiejszych czasów. 
Widok na miasto po zachodzie słońca ze szczytu Sololaki
Z twierdzy można dojść do pomnika Kartlis Deda (Matki Gruzji), która jest uważana za symbol gruzińskiego ducha narodowego. Pomnik również jest widoczny praktycznie z każdego miejsca w Tibilisi i ma postać patrzącej na miato kobiety. Trzyma ona w rękach dwa przedmioty, które mają swoje symbolikę. Puchar wina - jest przeznaczony dla przybyszy przybywających do miasta z dobrymi zamiarami (no czyli dla mnie i Madzi), a w prawej dłoni dzierży miecz, przeznaczony dla wrogów. Posąg (20 metrów wysokości) został wykonany z okazji 1500-lecia powstania miasta w roku 1958.

Posąg Matki Gruzji
Ze szczytu wróciliśmy na piechotę do hostelu. Po drodze mijaliśmy coraz to bardziej zapełniające się uliczki stolicy. Miasto zaczynało odżywać po zmroku, kiedy to temperatura już nie była tak wysoka. Żałowaliśmy trochę, że nie możemy dłużej tu pobyć i zobaczyć, jak wygląda życie nocne tutejszych mieszkańców. Ten jeden dzień w Tibilisi całkowicie zmył złe wspomnienie pierwszego wjazdu do miasta, kiedy to lecieliśmy z wywalonymi jęzorami z Dworca Kolejowego na Didube, by zdążyć na marszrukę do Kazbegi. Stara część stolicy ma bez wątpienia przyjemny klimat i może się podobać przybywającym do niej turystom. Architektura jest bardzo ładna, różnorodna i bardzo dobrze zachowana. Małe, boczne uliczki mogą oczarować i gdybym miał więcej czasu, to z chęcią bym się w nich zgubił. Ale rano czekała na nas Armenia, do której chcieliśmy dotrzeć stopem, dlatego musieliśmy jak najwcześniej wstać. Po powrocie do hostelu porozmawialiśmy chwilę z jego właścicielem, ugotowaliśmy "pyszną" kolację, wzięliśmy oczywiście prysznic (trzeba korzystać, póki jest) i poszliśmy spać.

Na zakończenie jeszcze kilka fotek z miasta ;)







Tibilisi Tibilisi Reviewed by Michał Cizio on 18:55 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.