Facebook

EMI

Od czasu do czasu będą pojawiać się i takie posty. Mało kto wie o kolejnej mojej pasji, jaką jest pisanie opowiadań. Głównie dlatego, że praktycznie o niej nie mówię. Jest to coś bardzo osobistego i nigdy wcześniej się nie dzieliłem na forum publicznym. Mam tych opowiadań już napisanych... trochę.Jedyną osobą, której czasem podeślę do przeczytania coś, co napisałem chwilę wcześniej, jest Konrad, którego poznałem na internetowym forum Football Managera. Czasem ja mu coś prześlę do oceny, czasem on mi. Nie wysyłam mu wszystkiego co napiszę, bo bardzo często nie nadaje się to w ogóle do pokazywania komukolwiek. Ale zdecydowałem, że te ciekawsze opowiadania będę tu publikował i tak pojawi się tu "Emi".

Napisałem to opowiadanie na początku zeszłego roku. Na jego pomysł wpadłem wracając z pracy przez "Berlin". Mieszkałem jeszcze wtedy na "Trójkącie" i ta dzielnica Wrocławia była niezwykle klimatyczna. Dlatego od czasu do czasu wpadały mi różne pomysły na opowiadania i jeden z tych pomysłów publikuję poniżej. Opowiadania te są całkowicie fikcyjne i bardzo często napisane w jeden wieczór ("Emi" powstała w jakieś 40 minut). Po prostu wpada mi do głowy pomysł i jak mam lapka przed sobą, to przerzucam to na klawiaturę i albo wychodzi coś fajnego, albo po p
rostu nie da się tego czytać. Tym razem chyba jest ok, dlatego przedstawiam Wam "Emi" :)

EMI


            Artur wybiegł ze swojego mieszkania, trzasnął starymi drzwiami i zaczął zbiegać po schodach, by wydostać się z obskurnej klatki kamienicy, w której mieszkał. Nie mógł już dłużej znieść kolejnego ataku alkoholowego swojej matki. Miał już serdecznie dość jej krzyków, przekleństw i bredni, które wygadywała w pijackim amoku. Już nawet nie wiedział dlaczego dzisiaj wrzeszczała. Pewnie sama tego nie wiedziała, bo nigdy się nie kontrolowała, gdy popadała w cug. A ten już trwał od ponad tygodnia.
            Zbiegając po starych drewnianych schodach słyszał za sobą jeszcze jej wrzaski. Ale nie myślał o nich. Chciał jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz i pobiec dalej. Jak najdalej od matki, mieszkania, kamienicy… od „trójkąta”. Po drodze między drugim, a trzecim piętrem minął jednego ze swoich sąsiadów, który spał w zarzyganym ubraniu na podłodze z głową opartą o jeden ze stopni. Kolejny alkoholik, podobnie zresztą, jak trzy czwarte mieszkańców tej ulicy. Fetor bił od niego taki, że Arturowi zakręciło się momentalnie w głowie. Ledwie nad nim przeskoczył i ruszył dalej w dół, w stronę wyjścia. W końcu udało mu się dotrzeć do olbrzymich, pamiętających czasy wczesnego PRL-u drzwi bramy, które otworzył mocnym szarpnięciem. Wybiegł zdyszany na zewnątrz, ale tu widok wcale nie był bardziej optymistyczny. Na „trójkącie” trudno było o cokolwiek optymistycznego.
            Stał pośrodku podwórza otoczonego z każdej strony czarnymi murami kamienic. By dostać się do wielu z nich nie potrzeba otwierać drzwi od klatek, gdyż najzwyczajniej w świecie tych drzwi nie ma. A jak już są, to na ogół połamane. Podobnie z oknami. Często zamiast szyb używa się płyt pilśniowych bądź sklejek. On sam w swoim pokoju, w jednym z okien, miał sklejkę, gdyż pewnego razu kochana mamusia rzuciła w niego butelką, ale że jej zdolności manualne w stanie alkoholowego upojenia nie były najlepsze, to trafiła w okno i butelka wypadła z piątego piętra wprost na stojący pod nim samochód sąsiadów, tłukąc przy tym siebie oraz robiąc spore wgniecenie w masce.
            Gdy znalazł się na zewnątrz, nie zastanawiał się gdzie iść. Ruszył od razu drogą, po której na ogół poruszały się samochody mieszkańców tej cudownej okolicy. Droga wewnętrzna była szeroka na jedno auto i usłana była wieloma dziurami. O tej porze roku owe dziury wypełnione były wodą po topniejącym śniegu. Był początek marca i pierwsze ciepłe dni sprawiły, że w powietrzu wyczuć można by wiosnę. Jak jednak pachnie wiosna na „trójkącie”? Psim gównem, rzygami i fetorem dochodzącym z kanalizacji.
Co drugi mieszkaniec tej dzielnicy posiada psa, ale żaden po nim nie sprząta. Ludzie wychodzą ze swoimi pupilami na zewnątrz, by te ze spokojem załatwiły swoje potrzeby fizjologiczne, jednak żaden z nich nie czuje się zobligowany do tego, by pozbierać pozostałości po swoim kochanym czworonogu. Teraz po zimie, gdy śnieg powoli znika, zastępowany przez kałuże i błoto, zaczynają pojawiać się psie odchody. I to dosłownie wszędzie. Artur cudem nie wszedł w wielkie, brązowe gówno, leżące na środku drogi. Ledwie je zauważył, gdyż słońce zachodziło właśnie i panował już lekki półmrok.
Nie myślał dokąd pójdzie. Po prostu szedł. Przy śmietniku, stojącym przy wyjściu z podwórza stała starsza kobieta, podpierająca się jedną ręką o kuli, a drugą grzebiącą w kontenerze. Znał ją z widzenia. Przychodziła do owego śmietnika praktycznie codziennie. Szukała w nim puszek, butelek, kawałków metalu, czegokolwiek, co mogłaby zapakować do toreb przewieszonych przez ramię oraz leżących obok niej i później sprzedać, by kupić sobie suchą bułkę i tanie wino. Z jednej strony napawała go obrzydzeniem, ale z drugiej strony współczuł jej. Co, jeśli on będzie stary i nie będzie go stać na to, żeby kupić sobie coś do jedzenia? Czy on, będąc już dziadkiem, będzie musiał chodzić od kontenera do kontenera w poszukiwaniu czegoś, co będzie mógł potem upchnąć? Ta babcia nie była jedynym takim przypadkiem. Tak zwanych kloszardów było tutaj równie dużo, jak alkoholików, śpiących w bramach. I teraz pytanie, czym sobie ci ludzie zasłużyli na taki los? Czy życie w tym kraju jest rzeczywiście tak ciężkie i niemożliwe będzie na stare lata spełniać swoje dziecięce marzenia o podróżach z bliskimi osobami, tylko trzeba będzie wieść życie człowieka ulicy? Zawsze gdy widział tego typu osobę, to przerażała go myśl, że on sam tak skończy. A o to na „trójkącie’ nie trudno.
Wychodząc na ulicę, obejrzał się jeszcze przez ramię w stronę staruszki. Akurat pakowała coś do torby, po czym ją przewiesiła przez lewe ramię, wzięła druga torbę pod prawe ramię i wsparta o kulach ruszyła w stronę kolejnego kontenera. Odwrócił wzrok, zapiął kurtkę i ruszył w stronę „Berlina”, czyli opuszczonej stacji rozładunkowej. Nazywa się ją „Berlinem”, gdyż niegdyś kręcono na niej sceny jakiegoś filmu, w którym żydzi przewożeni byli do Auschwitz i na murach tej opuszczonej rozładowni kolejowej są jeszcze niemieckie napisy. Obecnie jest to miejsce schadzek pobliskiej młodzieży, która urządza sobie tutaj popijawy oraz okolicznych żuli, którzy w pomieszczeniach po dawnych biurach znajdują schronienie przed deszczem i zimnem.
Idąc ulicą wybrukowaną kostką myślał o tym co zrobić. Wiedział, że nie chce zostać w tym miejscu ani dnia dłużej. Z drugiej strony, nigdy nie znał nikogo spoza „trójkąta” u kogo mógłby się zatrzymać. Cała rodzina od strony matki się ich wyparła. A z rodziną ojca, po jego śmierci kompletnie stracili kontakt. Zresztą i tak nikogo od nich nie znał, bo ojciec zginął jak miał dwa latka i od tego czasu zaczęły się problemy alkoholowe jego matki. Najpierw sama starała się zapijać smutki w alkoholu. Potem pocieszała się najróżniejszymi kochankami, którzy ją upijali, by dobrać się jej do majtek. Oczywiście wszyscy pochodzili z „trójkąta” i żaden z nich nie byłby odpowiednim ojczymem, ani nie zagwarantowałby normalnego życia jemu i jego matce. Kilka razy zaszła w ciążę. Ojcem miałby być któryś z okolicznych adoratorów. Za każdym jednak razem dziecko nie dożywało czwartego miesiąca w brzuchu jego matki. Z jednej strony Artur zawsze pragnął mieć młodsze rodzeństwo, którym mógłby się opiekować, ale z drugiej, nie chciał by wychowywało się w takich warunkach, jakich on musiał.
Obecnie był w trzeciej klasie gimnazjum i wszystko wskazywało na to, że uda mu się je skończyć beż kiblowania, czym może się poszczycić niewielu jego znajomych z podwórka. Nie był jakimś wybitnym uczniem, ale był inteligentny na tyle, by spokojnie zdawać kolejne egzaminy. Całkiem nieźle radził sobie z przedmiotami ścisłymi, gorzej szło mu z językiem polskim czy historią. Gdyby jednak miał stworzone normalne warunki do nauki, z pewnością skończyłby szkołę z wyróżnieniem. Jednak matka zabraniała mu się uczyć i wypędzała go z domu, by zarobił jakąś kasę na wódkę, a sama w tym czasie zabawiała się z jakimś fagasem. Chciał się dostać do jakiejś szkoły z internatem i dostać stypendium, ale wiedział, że to mu się nie uda. Oprócz dobrych ocen, potrzebował nienagannego zachowania w szkole, a tego osiągnąć mu się nie uda.
„Trójkąt Bermudzki”, to dzielnica Wrocławia, która rządzi się własnymi prawami. Wychowując się tutaj, musisz na każdym kroku walczyć o życie. Nawet jeśli jesteś zdolny, to miejsce Cię niszczy. Po części było tak również z Arturem. Mimo, że był zdolnym chłopakiem, który w każdym innym miejscu rozwijałby się w dobry sposób, to tutaj musiał walczyć, by nie dostawać łomotów od starszych ziomków z osiedla. Walka ta polegała na tym, że musiał się często wkupić w ich łaski. Oznaczało, że musiał od czasu do czasu kogoś okraść. Najczęściej byli to staruszkowie, mieszkający sami w małych mieszkankach tutejszych kamienic. Raz musiał z kolegami obrabować jeden z nielicznych w tym miejscu kiosków. Podczas nocnego napadu zauważył ich przejeżdżający akurat patrol policji. Na ogół policja zapuszczała się w te rejony bardzo rzadko. Jeden z jego kumpli zdołał uciec, ale on i jego drugi kolega zostali złapani na gorącym uczynku. Miał wtedy 11 lat i był to pierwszy raz, kiedy policja go zabrała na posterunek policji. Chcieli by wydał im ludzi, którzy zmusili go do napadu. On tego nie zrobił, gdyż wiedział, że dostałby potem straszny łomot na dzielni. Gdy jednak został wypuszczony, to i tak nieźle oberwał, gdyż jego kolega sypnął, a wszyscy myśleli, że to on. Wylądował na 3 tygodnie w szpitalu. Był to chyba jedyny czas, w którym jego mama przestała pić i faktycznie się nim zajmowała. Jakby się przeraziła, że może go stracić. Przychodziła do szpitala trzeźwa, przynosiła mu jedzenie, opiekowała się nim. Był nawet trochę szczęśliwy z tego powodu. Gdy wrócił do domu, sielanka już tak długo nie trwała. Jak tylko przyszły pieniądze z ubezpieczenia, to nawet ich na oczy nie zobaczył. Zabrała je matka i jeszcze tego samego dnia widział ją zalaną z pod klatką, jak prowadzona była do mieszkania przez dwóch facetów, którzy nie byli w lepszym stanie niż ona.
Dotarł w końcu do „Berlina”. Nie wszedł jednak na stację, a ruszył dalej wzdłuż torów. One zawsze dokądś prowadzą. Liczył, ze i jego poprowadzą do nowego miejsca, gdzie będzie mógł zapomnieć o swoim dotychczasowym życiu.
Słońce powoli znikało za horyzontem, ale nad jego głową pojawiły się chmury, z których zaczął sączyć się delikatny deszcz. Temperatura powietrza znacznie się obniżyła i woda opadająca na ziemie zaczęła lekko zamarzać. Zima jeszcze nie dawała za wygraną, ale były to już jej ostatnie podrygi. Metalowe szyny, po których szedł stały się przez to jeszcze bardziej śliskie i musiał uważać, by nie wywinąć orła lub nie skręcić kostki. Po trawie nie chciał iść, bo zaraz miałby mokre całe skarpetki. Jego buty nie należały do najnowszych i z całą pewnością nie do nieprzemakalnych.
Szedł tak dobre pół godziny i znalazł się praktycznie za miastem, gdzie zabudowania były bardzo nieliczne. Gdy zaczynał swoją podróż przy „Berlinie”, torowisk było kilkanaście, a teraz zostały tylko dwa. Więc maszerował między nimi. Nie wiedział, w którą stronę prowadzą i gdzie dotrze idąc po nich. Wiedział tylko, że nie obchodziło go to za bardzo.
Powoli zbliżał się jednak do starej kładki dla pieszych nad torami. Widział jej ciemne zarysy. Dziwiło go trochę, że znajduje się ona w takim miejscu, gdyż raczej nie było sensu jej budowania nad dwoma torowiskami, po których spokojnie można by przejść w 5 sekund. Ale jednak stała tam, łącząc dwa krańce jakiejś polnej ścieżki, prowadzącej nie wiadomo gdzie. Dostrzegł, ze ktoś jest na kładce. Ktoś siedział na samej górze. Im bardziej się zbliżał, tym lepiej mógł zobaczyć, że postać jest kobietą. A raczej młodą dziewczyną, ubraną w białą suknię i z narzuconą na siebie jeansową kurtką, kompletnie nie pasującą do reszty ubrania. Wydawało mu się, że była bosa, ale gdy zbliżył, dostrzegł na stopach balerinki cielistego koloru.
- Hej tam na górze! – zawołał.
- Coraz mniejsze te pociągi robią – odpowiedziała dziewczyna. Miała delikatny głos, który przypadł mu do gustu.
- A czekasz na jakiś pociąg? - zapytał
- Tak. Ale coś się spóźnia.
- Nie dziwi cię to? Przecież w naszym pięknym kraju pociągi nie jeżdżą punktualnie. Mogę poczekać z tobą na ten pociąg tam na górze?
- To zależy.
- Od czego?
- Czy zechcesz ze mną skoczyć, zanim przejedzie pod wiaduktem.
Zdziwiła go ta odpowiedź, a jednocześnie przeraziła. To samobójczyni. A może się tylko przekomarza i wcale nie zamierza się zabić? Będzie musiał ją powstrzymać.
- Jak tam weszłaś? – nie widział nigdzie schodów, po których mógłby wejść na górę.
- Tamtędy – wskazała prawą ręką.
Wiadukt był stary i w połowie rozebrany. Po lewej stronie można było jednak wdrapać się po czymś, co przypominało drabinę. W połowie metalową, a w połowie drewnianą. Artur zaczął wspinać się w górę. Zauważył, że deski są niezwykle śliskie i trzeba cholernie uważać, by się noga nie omsknęła. Padająca mżawka wcale nie ułatwiała zadania. Udało mu się jednak dotrzeć na górę. Stanął niepewnie na kładce, na której brakowało kilku desek. Nie było też żadnego oparcia, którego można by się złapać.
Dziewczyna siedziała na skraju kładki na jakiejś reklamówce, a nogi miała spuszczone w dół i swobodnie nimi machała. Zauważył, że była brunetką, na oko młodszą od niego i wydawało się, że niższą. Włosy miała proste, mokre i sięgające do połowy pleców. Nie patrzyła na niego, tylko w dal, jakby wypatrywała pociągu. Miała ładny profil i lekko zadarty nosek. Rękami trzymała się skraju wiaduktu i jej pozycja przypominała nieco skoczka narciarskiego, który siedzi na desce startowej tuż przed skokiem i oczekuje, aż jego trener pomacha flagą, by mógł oddać skok. Czyżby i ona chciała rzeczywiście oddać skok jej życia?
- Chłodniej tu na górze – zagadał pochodząc powoli do niej. Rzeczywiście mu się tak wydawało, a przecież różnica wysokości to zaledwie około 5 metrów. – Jestem Artur, a Ty?
- Emi – odrzekła nie patrząc na niego. – Ale nie podchodź bliżej.
- Dlaczego? – przystanął.
- Bo nie chcę, żebyś mnie powstrzymał.
Rzeczywiście chce skoczyć! Pomyślał
- Czemu wydaje ci się, że będę chciał cię powstrzymać?
Odwróciła twarz w jego stronę. Miała piękne, ciemne oczy, ale smutne spojrzenie. Arturowi wydawało się, że widzi cień lub siniec pod jej lewym okiem. Zmierzyła go spojrzeniem od stóp do głów, po czym znowu odwróciła głowę w stronę torów.
- Nie wyglądasz na kogoś, kto chciałby skoczyć pod pociąg – odrzekła.
- To prawda, że nigdy o tym nie myślałem. Chociaż to może wcale nie taki głupi pomysł. Ale dlaczego ty chcesz skoczyć? – stał pięć metrów od niej. Wiedział jednak, że musi podejść trochę bliżej, by móc ją w razie czego powstrzymać.
- A dlaczego ludzie popełniają samobójstwa? Bo mają już dość życia. Są nim zmęczeni. Nie widzą perspektyw na poprawę sytuacji i nie liczą, że cokolwiek może się zmienić. – mówiła spokojnie, ale w głosie można było usłyszeć nutkę żalu. Ona też nie widziała dla siebie przyszłości.
Jeśli tak, rzeczywiście jest, to ja też powinienem skoczyć z tobą. Daj spokój – powiedział, robiąc delikatny krok w przód. – Nie może być przecież tak źle. Zawsze jest jakieś wyjście.
- Oczywiście. Moim wyjściem jest ten pociąg – podniosła rękę, wskazując palcem przed siebie.
Na horyzoncie, jeszcze bardzo daleko z przodu można było dostrzec światełko, które sunęło po torze, którym on chwilę wcześniej szedł.
Szlag by to trafił!
- Mam lepszy pomysł! – rzucił niespodziewanie. – Pójdź ze mną!
- Dokąd? – znowu spojrzała na niego.
Żebym to ja wiedział
- Nie wiem. Jak najdalej stąd. Wyszedłem z domu godzinę temu i wiem, że już tam nie wrócę. Chcę iść dalej. Możesz zostać towarzyszem mojej podróży. Możemy pójść gdziekolwiek. Zapomnieć o wszystkim, co zostawiliśmy.
- Od wspomnień nie uciekniesz – odwróciła spojrzenie w stronę zbliżającego się światła. Artur zrobił znowu krok w przód. – Zawsze będziesz pamiętał to, co do tej pory przeżyłeś. A uwierz mi, ja nie chcę tego pamiętać.
Patrzył na nią i nie wiedział co ma dalej powiedzieć. Widział, że jest przygnębiona i zmotywowana do tego, by oddać skok pod pociąg. Chciała całkowicie zapomnieć o krzywdach, których musiała doznać, ale jak widać nie mogła.
- Oczywiście, że od razu nie zapomnisz. Ale możesz… możemy zacząć nowe życie i wypierać złe wspomnienia nowymi… lepszymi – sam za bardzo nie wierzył w to co mówił, ale musiał cokolwiek mówić. Nie mógł dopuścić, by znalazła się pod kołami tego pociągu.
Emi smutno się uśmiechnęła.
- Sądzisz, że jesteś w stanie wymazać wspomnienia ojca, który co noc podpity przychodzi do ciebie do pokoju i gwałci, a ty nie możesz mu się wyrwać, krzyknąć, bo jak tylko próbujesz, to jeszcze cię bije albo przydusza tak, że nie możesz złapać oddechu – mówiąc to patrzyła znów na niego. – Myślisz, że możesz zapomnieć o zapachu papierosów, wymieszanych z wódką, które czujesz za każdym razem, gdy cię całuje i mówi do ucha, bym się zamknęła, bo inaczej oberwę mocniej. Myślisz, że mogę zapomnieć o strachu, gdy słyszę, przekręcany zamek w drzwiach, po jego powrocie z pracy. Jak słyszę kroki na korytarzu i wiem, że za chwilę wejdzie do pokoju, zgasi światło, zamknie za sobą drzwi i zacznie mnie obmacywać po całym ciele. Myślisz, że zapomnę o tym dotyku… jego paskudnych łapskach, wsadzanych do moich majtek czy obmacujących moje cycki. Szczerze wątpię. Nawet jeśli kiedyś, potrafiłabym żyć bez tych wspomnień, to miałabym świadomość, że on gdzieś żyje. Że być może dobiera się do kogoś innego. Że znowu bije matkę, a ja nie mogę jej pomóc. Ty uciekasz z domu, z jakichkolwiek tam przyczyn. Ja uciec bym nie mogła, bo wiem, że dręczyłyby mnie koszmary, że on mnie znajdzie. Nawet na krańcu świata. Dlatego, jeśli skoczę, to na pewno mnie nie znajdzie. Nie będzie miał już po co mnie szukać, bo mnie nie będzie. Będę szczęśliwa po śmierci, nawet jeśli będę w piekle, bo ja piekło mam za każdym razem w domu. Czyli miejscu, gdzie teoretycznie powinnam być szczęśliwa i bezpieczna.
Artur był przerażony. Wydawało mu się, że to on miał przerąbane w domu. Ale to, co przeżywała dziewczyna siedząca na skraju wiaduktu i wpatrująca się w coraz bliższe światła pociągu, było dla niego straszne.
- Nie możesz iść na policję? – zapytał. – Jest wiele instytucji, które potrafiłby ci pomóc. Przecież takich ludzi powinno się eliminować ze społeczeństwa.
- Nie wiesz kim jest mój ojciec – uśmiechnęła się smutno. – On stanowi prawo.
- A twoja mama?
- Jest zastraszona przez niego. Myślisz, że nie wie, co on mi robi? Wie doskonale, ale nie może nic zrobić. Kiedyś próbowała. Poszła na policję. Okazało się, że wymyślił, że jest chora psychicznie. Zamknęli ją w wariatkowie na jakiś czas, a nikt nawet nie sprawdził, czy mówiła prawdę. Posiada taką władzę. A gdy się jej pozbył, to mógł sobie na mnie używać więcej. Miałam 12 lat, a on zajeżdżał mnie, jak starą kurwę.
Podciągnęła nogi pod siebie i zaczęła powoli wstawać. Pociąg powoli sunął, ale był już na tyle blisko, że można było dostrzec, że jest towarowy i ma minimum 45 wagonów, w większości wypełnionych węglem. Niełatwo jest zatrzymać taką maszynę.
Gdy dziewczyna stała i oczekiwała na zbliżający się pojazd, Artur zrobił jeszcze kilka małych kroczków. Stał jakieś dwa metry od niej. Na tyle blisko, by w razie czego skoczyć i odepchnąć lub ją złapać, by popsuć jej samobójcze plany. W tej odległości dostrzegł, że jest bardzo ładną dziewczyną. Ale zauważył również, że jej sukienka jest jakby nie z tych czasów. Nie widział, by dziewczyny w jego szkole czy tez na ulicy nosiły podobne stroje.
- To jak? – wyrwała go z zamyślenia nad jej strojem. Patrzyła na niego. Spojrzał na jej twarz i rzeczywiście, pod lewym okiem był siniec. – Skaczesz ze mną? Bo ja nie zamierzam nigdzie iść dzisiaj.
Artur patrzył na nią. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
- Nie chcę, żebyś skakała.
Odwróciła spojrzenie. Pociąg był już bardzo blisko.
- Trudno. Życzę ci w takim razie, byś znalazł szczęście w drodze, którą będziesz podążał, ale tymczasem lepiej odejdź stąd – nie ruszył się z miejsca. Nie potrafił. – Żegnaj Arturze.
Wypowiadając uśmiechnęła się do niego. Następnie ugięła lekko kolana, podniosła ręce do przodu i wybiła się.
Nieee!!! – Artur zrozumiał, że to jest najwyższy czas. Był na to przygotowany. Spiął mięśnie na ten moment, by oddać szybki ruch do przodu i ją złapać. Coś jednak poszło nie tak. Próbując skoczyć do przodu, pośliznął się na mokrej desce i stracił równowagę. Chciał się jeszcze złapać, ale nie było czego. Serce stanęło mu w gardle, jak zawsze, gdy traci się oparcie i runął w dół. Spadając, dostrzegł, że na kładce nikogo nie ma. Potem były już tylko światła i sygnał dźwiękowy pociągu, który po wyjeździe z miasta zawsze nabierał szybkości w tym miejscu…


***

TYGODNIK WROCŁAWSKI
10 Marzec 2012
„Kolejna ofiara Wiaduktu Śmierci”
[...] Późnym wieczorem 5 marca miało miejsce samobójstwo na tracie pociągu relacji Wrocław – Katowice. Zginął szesnastoletni Wrocławianin, Artur Trzebiński. Gimnazjalista poniósł śmierć na skutek skoku ze starej kładki przy ulicy Stróżnej, wprost pod koła nadjeżdżającego pociągu towarowego. Jest to kolejna ofiara tzw. Wiaduktu Śmierci. Wydaje się, że szczególnie to miejsce upodobali sobie samobójcy ze stolicy Dolnego Śląska, gdyż od roku 95. w ten sposób zginęło już pięć osób. Jako pierwsza samobójstwo w tym miejscu popełniła Emilia Kwiatkowska – córka ówczesnego sędziego Wojewódzkiego Sądu.
Po ostatnim incydencie władze Województwa Marszałkowskiego zdecydowały o natychmiastowej rozbiórce, niepotrzebnej kładki dla pieszych. […]







EMI EMI Reviewed by Michał Cizio on 04:18 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.