Facebook

Picos de Europa zimą, część IV - Ruta del Cares

Ruta del Cares to szlak w Picos de Europa, łączący Poncebos z Posada de Valdeón i przechodzący przez Wąwóz Cares oraz osadę Caín. Dawniej była to jedyna droga łącząca obie miejscowości podczas śnieżnych zim. Wybudowana została w latach 1916-21. Dała możliwość zaopatrzenia elektrowni wodnej, znajdującej się w wiosce Camarmeña niedaleko Poncebos w żywność i inne surowce. W latach 1945-50 ulepszono, wzmocniono i poszerzono ją. Obecnie dwunastokilometrowy odcinek z Poncebos do Caín jest najpopularniejszym szlakiem turystycznym w regionie i rocznie przemierza go ponad 300 tysięcy miłośników górskich wędrówek.

Ruta del Cares

W stronę Caín

Stałem pod znakiem, wskazującym kierunki i czekałem na Magdę, którą przed zejściem do wąwozu powstrzymywały kozy. Mieliśmy stąd zaledwie półtorej godziny marszu do Caín i piętnaście minut więcej do Poncebos. Było po czternastej, więc spokojnie mogliśmy zmienić nasz plan. Stwierdziliśmy, że po zejściu z Ruta de la Reconquista skręcimy w prawo. Na mapie mieliśmy oznaczony jakiś szlak wokół osady, więc zaplanowaliśmy, że przenocujemy w niej, rano go przejdziemy, co zajmie nam mniej więcej 2-3 godziny i pójdziemy przez wąwóz do Poncebos, skąd udamy się w stronę miasta Gijón. 

Kierunkowskaz na Ruta del Cares
Zaczęło trochę padać, więc Magda założyła żółwika na plecak i ruszyliśmy przez wąwóz, mijając kozy, które liczyły, że czymś je poczęstujemy. Szlak wiedzie po szutrowej, wąskiej drodze wykutej w stromych zboczach ścian wąwozu. Daje to niesamowity efekt. Z lewej strony mamy stromą przepaść, a po prawej pionowe skały wysokie na kilkaset metrów. Dodatkowo ściany wąwozu momentami zwężają się na kilka metrów. Wydaje się, że można dotknąć tych po drugiej stronie Rzeki Cares, płynącej dnem i umilającej wędrówkę swoim nieustannym szumem.

Żółwik na Ruta del Cares
Po drugiej stronie wąwozu można było dostrzec wiele jaskiń, jam i grot
z ciekawymi formami naciekowymi.

Ruta del Cares

Rio Cares
Jedna z czterech przepraw przez rzekę na szlaku.

Pomimo zimy i okresu pozasezonowego, mijaliśmy bardzo dużo wędrowców. Część bardziej przygotowanych na takie wędrówki z kijami trekkingowymi oraz porządniejszym obuwiem, a część po prostu spacerowała sobie z psami lub w parach za rękę. Co chwilę się rozpogadzało i pogoda naprawdę sprzyjała takim wędrówkom, jednak wyobrażam sobie, co tu musi się dziać w sezonie. Jakie tłumy tędy przemierzają. Mam doświadczenia z pracy na Krecie i wiem, jak to wygląda chociażby w Wąwozie Samaria. Tutaj jest podobnie i to wcale nie zachęca do wędrówek latem. Zimą jednak było jeszcze znośnie.

Wyjście z wąwozu przy Caín
Dotarliśmy do osady i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca noclegowego. Wiedzieliśmy, że jest kilka hostali i hotelików, oferujących tego typu usługi. Jednak już przy pierwszym dostępnym hotelu okazało się, że nie można tu przenocować o tej porze roku. Pytamy, czy coś innego jest otwarte. Mężczyzna wskazuje nam dwa inne miejsca. Udajemy się tam, jednak na próżno. Okazuje się, że lokale te mają otwarte tylko restauracje, a przenocować nie można, gdyż nie ma ogrzewania. Było już grubo po 16, a my nie mieliśmy gdzie spać. Postanowiliśmy coś zjeść i udać się w drogę powrotną przez wąwóz do miejscowości Poncebos, gdyż wg Guillermo tam był otwarty hotel, gdzie mogliśmy o tej porze roku wynająć pokój. Morale nam się obniżyło, ale nie było innej rady. Trzeba było iść, pomimo tego, że już w nogach mieliśmy ponad 30 km przez góry. 

Poncebos

Drogę powrotną przez wąwóz przemierzaliśmy w milczeniu. Nie odzywaliśmy się, tylko podążaliśmy przed siebie, nie podziwiając nawet za bardzo tego, co jest wokół nas. Robiło się powoli coraz ciemniej i ludzie praktycznie zniknęli ze szlaku. Jego plusem jest to, że nie ma praktycznie podejść i idzie się po równym terenie. Jednak wiedziałem, że na końcu czeka nas droga pod górę, gdyż widać było je w momencie, kiedy wąwóz się nieco rozszerzał.

Momentami szlak prowadzi przez jaskinie, gdzie trzeba się zgarbić,
żeby nie zahaczyć głową o skały...

... nadają one jednak tylko  urozmaicenia na szlaku.
W tym momencie poczułem ból w kolanie. Lewym kolanie. Powrócił po raz pierwszy od dłuższego czasu. Już dawno tak mnie nie bolało. Najgorzej było przy schodzeniu, a tak się składa, że ostatnie prawie dwa kilometry, aż do samego Poncebos, to właśnie zejście. Dodatkowo droga szutrowa zamienia się na bardziej kamienistą, schodkową, co wcale nie ułatwiało. Kolano bolało przy każdym kroku. Taki sam ból, jak na studiach, gdy wyskakiwałem do ataku podczas grę w siatkówkę. Potrafiło mi się wtedy zablokować w niekontrolowany sposób i ciężko mi wtedy było wyprostować nogę. Gdy robiłem badania, to mój ortopeda stwierdził, że moja kolana mają około 70 lat. A teraz? Pewnie są starsze od żółwi żyjących na Galapagos.

Ruta del Cares

Ruta del Cares

Końcowy odcinek Ruta del Cares w stronę Poncebos
W każdym razie udało się jakoś dojść do Poncebos. Gdy znaleźliśmy się na parkingu przed wejściem na szlak, zapadł już zmrok. Szliśmy w stronę pierwszego hotelu, który miał być otwarty i o którym mówił nasz schroniskowy przyjaciel. Jego plusem było to, że znajdował się zaraz na samym początku wsi. Znaleźliśmy go bez problemu, jednak pocałowaliśmy tylko klamkę. W następnym obiekcie, oferującym noclegi, drzwi były również zamknięte. Mimo że wewnątrz paliło się światło, to wisiała karteczka na drzwiach, że w razie czego można dzwonić na numery kontaktowe napisane na niej. Zdecydowaliśmy się jednak na pójście w stronę centrum wioski, pomimo że moje kolano sprawiało coraz większy ból i coraz trudniej stawiało mi się kolejne kroki...

Dalsza część tego wieczoru potoczyła się dość... nieprzewidywalnie. Gdy wychodziliśmy z werandy hotelu (ja kuśtykałem) zaczepił nas pewien Hiszpan z pytaniem, czy nie widzieliśmy po drodze psa. Okazało się, że przyjechał tu z rodziną i przyjaciółmi, a oni mieli dwa psy ze sobą. Jeden z nich gdzieś im uciekł. Szukali długo, ale się poddali i jego przyjaciele musieli już wracać. On jeszcze się rozglądał, korzystając z momentu, że jego żona musiała nakarmić ich dziecko w samochodzie. Tak od słowa do słowa wyszło, że mogą nas podwieźć do miasteczka Arenas de Cabrales, gdzie bez problemu znaleźlibyśmy nocleg, a które mieści się jakieś 5 km od Poncebos na północ. Nam to bardzo odpowiadało, gdyż stąd już bez problemu następnego dnia mogliśmy się zabrać na północ. Gdy tak czekaliśmy, aż mały Hiszpan skończy jeść, nagle na parking przybiegł zagubiony pies. Chłopak momentalnie zadzwonił do swoich przyjaciół, by zawrócili, gdyż ich zguba się znalazła. Nie byli jeszcze daleko, więc po około kwadransie pojawili się z powrotem. Stwierdzili, że zabierzemy się z nimi, gdyż było w ich samochodzie więcej miejsca (psy jechały w bagażniku i nie było siedzenia dla dziecka z tyłu, więc spokojnie mogliśmy się tam ulokować z naszymi plecakami). Po chwili ruszyliśmy w podróż. Gdy dojechaliśmy do Arenas de Cabrales, wywiązała się rozmowa, że to świetne miejsce dla nas, bo blisko autostrady, a jutro chcemy zabrać się do Oviedo. Okazało się, że hiszpańska para jedzie właśnie do tego miasta, więc jeśli chcemy, to możemy jechać z nimi. Szybkie spojrzenia, decyzja jeszcze szybsza i tak tego wieczoru, po przejściu ponad 40 kilometrów przez góry, przejechaliśmy jeszcze prawie 200 km autostopem, którego nawet za bardzo nie zamierzaliśmy łapać tego sezonu. 

Ruta del Cares
Około 21 wysiedliśmy w centrum stolicy Asturii, pożegnaliśmy się z Hiszpanami i poczłapaliśmy w stronę najbliższej ławeczki, by znaleźć przez internet jakiś tani nocleg, w którym moglibyśmy odpocząć po ciężkim i niesamowitym dniu. Udało się. Po pół godziny zameldowaliśmy się wraz ze zrobionymi wcześniej zakupami w skromnym hotelu, gdzie spokojnie mogliśmy się wykąpać i rozwalić na wygodnych łóżkach. Tak zakończyliśmy naszą przygodę w górach, ale nie z Hiszpanią. Już następnego dnia znaleźliśmy się w Gijón, ale o tym przepięknym miasteczku będziecie mieli jeszcze okazję poczytać. 

Tymczasem obejrzyjcie poniższy film. Jest tam świętowanie Sylwestra w Madrycie, przepiękne górskie krajobrazy Picos de Europa i kilka miasteczek, które później odwiedziliśmy. 


Picos de Europa zimą, część IV - Ruta del Cares Picos de Europa zimą, część IV - Ruta del Cares Reviewed by Michał Cizio on 09:00 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.