Facebook

Picos de Europa zimą, część III - Ruta de la Reconquista

Ruta de la Reconquista to szlak w górach Picos de Europa o łącznej długości prawie 60 km. Rozpoczyna się on w miejscowości Covadonga i kończy w Cosgaya. Odpowiada on drodze, jaką przebyli muzułmanie po przegranej bitwie z asturyjskimi rebeliantami, dowodzonymi przez Pelayo w 722 roku. Bitwa ta dała początek rekonkwiście na Półwyspie Iberyjskim, stąd też nazwa tego szlaku. Trzeciego dnia naszego pobytu w górach przeszliśmy jego fragment z Jezior Covadonga do Ruta del Cares, którego łączna długość, to ponad 26 km. 

Ruta de la Reconquista
Przebudziłem się nad ranem, w momencie, gdy poczułem dotyk dłoni na plecach, a moje łóżko nieco obniżyło się koło miejsca, gdzie leżałem. Tak jakby ktoś obok mnie usiadł. Pomyślałem, że może Magdzie zrobiło się zimno i chciała się położyć przy mnie, by się zagrzać. Otworzyłem oczy, ale w ciemności nikogo nie dojrzałem. Ogień w kominku już wygasł. Było bardzo ciemno i tylko przez nikłe światło gwiazd, wpadające przez okno, dostrzegłem, że moja towarzyszka śpi na drugim łóżku. Odwróciłem się na drugi bok i momentalnie zasnąłem. Przyśniła mi się moja zmarła w sierpniu zeszłego roku matka chrzestna. Po raz pierwszy od pogrzebu. Było jakieś spotkanie rodzinne i ona również na nim była. Wyglądała dobrze, ale miała policzki, jak chomik. Zawołała mnie do siebie i poszliśmy do pokoju obok. Powiedziała, że musi mi coś powiedzieć. Gdy znaleźliśmy się w innym pomieszczeniu, odwróciła się do mnie i już miała mi wyznać, o co jej chodzi, gdy usłyszałem jakąś dziwną muzyczkę. Na jej twarzy dostrzegłem smutek, a ja zrozumiałem, że ten dźwięk dochodzi z mojej komórki i momentalnie się obudziłem. Budzik dzwonił tuż przy moim uchu, a ja momentalnie znalazłem się z powrotem w izbie z łóżkami, stołem i kominkiem...

Droga do Belbín

Mieliśmy zamówione śniadanie na 7, więc trzeba było w miarę wcześnie wstać. Zwlekliśmy się z łóżka, a Guillermo powoli przynosił nam grzanki i przysmaki do smarowania. Zjedliśmy, spakowaliśmy plecaki, zapłaciliśmy za pobyt i przed ósmą opuściliśmy schronisko. Było jeszcze ciemno, więc musieliśmy oświetlać drogę czołówkami. Początek trasy wiódł obok Lago de Enol, następnie wspięliśmy się na punkt widokowy, z którego można było zobaczyć dwa jeziora i skierowaliśmy się w stronę Lago de Ercina. Zaraz za nim znajduje się małe wzniesienie, na które trzeba było wejść, by dostać się na szlak do maleńkiej osady Belbín. 


Mapa opisywanego w tym poście szlaku

Trasa do niej wiodła po szerokiej, szutrowej drodze, po której swobodnie można przejechać samochodem terenowym. Powoli już zza gór stawało słońce. Robiło się coraz jaśniej i cieplej. Droga szutrowa kończy się tuż przy wejściu do osady. Położona jest ona w urokliwej, małej dolince, a gdy przejdzie się przez nią, to dochodzi się do Ruta de la Reconquista, która biegnie z Covadongi w kierunku Poncebos i jest to pierwszy z trzech etapów całego szlaku. Oznakowanie zmienia się z biało-żółtych pasów na biało-czerwone. Można je spotkać na kierunkowskazach, jednak znacznie częściej na kamieniach. Idzie się, po wąskiej ścieżce, którą czasem trudno zobaczyć. Plusem jest to, że jeśli nie ma się dobrej mapy, to szlak jest oznaczony w aplikacji maps.me aż do samego wąwozu rzeki Cares. Więc jeśli posiadacie naładowane smartfony oraz zainstalowaną aplikację wraz z mapami Asturii, to spokojnie możecie sprawdzać swoje położenie i dalszy kierunek, jeśli przypadkiem zgubicie szlak. 


Majada de Belbín

Majada de Belbín

Długa droga w górę

Początek tego odcinka trasy nie jest wymagający. Idzie się bardzo przyjemnie, nawet ze sporym bagażem na plecach. Na mapie widać, że przechodzimy przez rzekę, jednak żadnego cieku wodnego w tym miejscu nie było. Możliwe, że rzeka powstaje na wiosnę, gdy śnieg topnieje i spływa z wyższych partii gór. Przez jakiś czas szli za nami dwaj mężczyźni od Jeziora Ercina. Byli to jedyni ludzie tego dnia, których spotkaliśmy aż do samej Ruta del Cares. W momencie, gdy szlak zaczął piąć się wyżej, gdzieś zniknęli i więcej się już nie pojawili. 

Oznakowanie Ruta de la Reconquista
Pierwsze podejście miało miejsce tuż przed osadą Parres, która znajdowała się za dość sporym wzniesieniem. Zaczęliśmy się wspinać trochę na szagę, gdyż ciężko znaleźć oznaczenie w tym miejscu. Przeszliśmy wzgórze i weszliśmy pomiędzy opuszczone o tej porze roku domki osady. Powinniśmy ją wraz z polaną, na której się znajduje, minąć po lewej stronie i kierować się do góry, w stronę widocznego z daleka znaku, wskazującego dalszą drogę. Jego widok, na dość wysokim wzniesieniu, wcale nie napawał optymizmem. Jednak mozolnie kierowaliśmy się w jego stronę. Pamiętaliśmy, jak mówił nam o nim Guillermo podczas pierwszej kolacji. 

Okoliczne szczyty
Przy znaku zrobiliśmy sobie pierwszy, krótki postój. Nie było to ostatnie podejście tego dnia. To była zaledwie rozgrzewka. Przed nami było jeszcze ponad 300 metrów w górę do najwyższego punktu na dzisiejszej trasie, który znajdował się na wysokości 1427 m n.p.m. Obraliśmy azymut i ruszyliśmy w kierunku wzniesienia, które malowało się przed nami. Od czasu do czasu widzieliśmy biało-czerwone pasy, to znak, że kierowaliśmy się w odpowiednią stronę. Wspinaliśmy się pomiędzy skałami wciąż do góry. Był to dla mnie najbardziej wymagający odcinek trasy. Bez kijków, z plecakiem, ważącym około 13 kilogramów, wcale nie szło się tak łatwo. Dodatkowo cały czas myślałem o moim śnie, który nie dawał mi spokoju. Jakieś uczucie niepokoju mi towarzyszyło i jednocześnie ciekawość, co takiego chciała mi Justyna powiedzieć. 
Długa droga w górę
Gdy dotarliśmy do najwyższego punktu, naszym oczom ukazała się przepiękna polana, która schodziła delikatnie w dół, a tuż za nią potężne, złowieszcze ściany Wąwozu Cares. Wysokie szczyty górujące nad nim co jakiś czas zachodziły chmurami. U nas też delikatnie powoli mgła opadała, przez co wilgoć osadzała się na naszych ubraniach. Usiedliśmy jednak by odpocząć i zjeść w tym miejscu pomarańcze, które otrzymaliśmy od naszego przyjaciela ze schroniska. Trzeba przyznać, że z takim widokiem smakowały naprawdę wyśmienicie. Dawno już nie jadłem tak dobrych pomarańczy. 


Widok z najwyższego punktu na trasie

Do wąwozu

Po krótkim odpoczynku założyliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Szlak tutaj już był znacznie przyjemniejszy i schodził delikatnie w dół. Spacerowaliśmy spokojnie, podziwiając wysokie góry dookoła nas. Niedługo potem doszliśmy do miejsca, które opisywał nam Guillermo. Dwie ogromne dziury w ścianach skalnych mijaliśmy po prawej stronie. Noszą one nazwę Pozo los Texos i znajdują się tuż przed kolejną, małą osadą Vega Maor.

Magda cieszy się na piękne widoki

Pozo los Texos
Od tego miejsca trzeba bardzo zwracać uwagę na oznakowanie szlaku. Widać je na skałach i kamieniach, jednak trzeba się skupić, by przypadkiem nie zgubić trasy. Momentami wydaje się, że nie ma innej drogi, jak w dół do wąwozu, tymczasem gdzieś tam w oddali widać czerwony kolor na ścianie i wtedy wiesz, że musisz skręcić w prawo. Trzeba w tym miejscu jak najbardziej zachować ostrożność, ale jeśli dojrzysz żelazny pręt wraz z żelazną strzałką (oznakowanie owczarzy, o którym również wspominał nam Guillermo), to znak, że jesteś w dobrym miejscu. Szlak prowadzi przez skały, by w końcu dotrzeć do osady Ostón, którą mogą charakteryzować, poprzedzające ją okrągłe, pasterskie łąki.
Czasami wydawało się, że przed nami była tylko przepaść...
Osadę mijamy z lewej strony i znajdujemy się ponownie na dobrze oznakowanej ścieżce, jednak teraz to dopiero zaczyna się jazda. Przed nami bowiem strome zejście do Ruta del Cares. Odcinek, który zapamiętaliśmy, że będziemy zjeżdżać po kamieniach i trzeba zachować szczególną uwagę. Rzeczywiście schodzimy w dół i za chwilę zaczyna się osuwisko, przez które wytyczony jest szlak. Schodzi się zygzakiem i jest to bardzo męczące zejście. Trzeba bardzo uważać, by nie zjechać wraz z kamieniami całkiem na dół. Bardzo obciąża to kolana, co w tej chwili mocno odczuła Magda. Mnie kolano jeszcze tego dnia również da popalić. 

Było dość pochmurno, ale jak wychodziło słońce, to pięknie oświetlało wyższe partie gór.

Zejście do wąwozu

Zejście do wąwozu

Widać już w oddali na ścianie skalnej wytyczony szlak Ruta del Cares.
Po niecałej godzinie schodzenia ostatecznie docieramy do miejsca, gdzie widzimy już szlak, prowadzący przez wąwóz z miejscowości Poncebos do Caín. Robimy więc sobie krótką przerwę na odpoczynek przy małej koziej farmie. Z jednej strony cieszymy się, że skończyło się już to paskudne zejście. Z drugiej jednak strony dostrzegamy, iż Ruta del Cares jest dość mocno zatłoczona. Zwłaszcza że przez ostatnie kilka godzin byliśmy kompletnie sami w górach. 

Widok na Wąwóz Cares
Zeszliśmy na dół i na kierunkowskazie zobaczyliśmy, że mamy już tylko półtorej godziny drogi do Caín, a do Poncebos jest 15 minut więcej. Początkowo plan nasz zakładał dojście do tej drugiej miejscowości, znalezienie tam noclegu, a następnego dnia przejście Ruta del Cares w obie strony. Jednak było zaledwie po czternastej i stwierdziliśmy, że bez sensu przechodzić tę samą drogę dwa razy, więc poszliśmy w przeciwnym kierunku, niż początkowo zamierzaliśmy. Czy był to jednak dobry pomysł, o tym dowiecie się za tydzień :)


Ruta del Cares

Picos de Europa zimą, część III - Ruta de la Reconquista Picos de Europa zimą, część III - Ruta de la Reconquista Reviewed by Michał Cizio on 09:00 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.