Facebook

Swanetia araką, czaczą i winem płynąca

Czytając przewodniki, blogi, reportaże i relacje z wypraw do Gruzji, a także słuchając znajomych, którzy ten kraj odwiedzili, wiedziałem, że jest w tym państwie region, którego "zaliczenia" nie odpuszczę. Na szczęście towarzyszki mojej podróży nie musiałem wcale namawiać na to, byśmy tam pojechali. Mowa oczywiście o Swanetii, słynącej z pięknych krajobrazów, kamiennych wież, trudnej historii i przemiłych ludzi. W jej stolicy - Mestii - mieliśmy się znaleźć już w pierwszym dniu naszej wyprawy, niestety plany nam pokrzyżowało lotnisko, o czym możecie poczytać w moim poprzednim poście

I tak dnia trzeciego sierpnia roku pańskiego 2014-go żegnamy się z Giorgijem na głównym placu w Zugdidi i wsiadamy do małego busika, którym mamy dostać się do oddalonej o 130 km miejscowości położonej wśród gór Kaukazu. Plan był taki, by spędzić tam dwa dni na trekkingu po górach. Sporo czytałem o szlakach, jakie można przejść w tym regionie. Głównie korzystałem z tej strony, gdzie można zobaczyć dokładne opisy tras wraz z ich trudnością, czasem przejścia, różnicą wysokości, itd. Podrukowałem sobie co ciekawsze okazy przed wyjazdem, by wspólnie na coś się zdecydować. Moimi faworytami jednak były szlaki do Lodowca Chalaadi i troszkę trudniejszy do Jeziorek Koruldi. Bardzo chciałem też przejść szlak do najwyżej położonej wioski w Europie - Ushguli, ale z Mestii idzie się tam aż trzy dni. Dojechać samochodem z wynajętym taksówkarzem można znacznie szybciej, ale akurat takie pokonanie tej trasy mnie nie interesuje i zostawiłem sobie to na kolejną wyprawę do tego kraju.



Droga do Mestii
No ale od początku. Jak już wspomniałem, postanowiliśmy udać się do Swanetii marszrutką i tak też zrobiliśmy. Kosztowało nas to 20 GEL na głowę (czyli jakieś 40 złotych) i całą trasę pokonaliśmy w 4 godziny. Dlaczego aż tyle? Gdyż droga do Mestii wije się pomiędzy wzgórzami, jest wiele zakrętów, czasem brak asfaltu, a kierowcy lubią zrobić od czasu do czasu postój przy małych straganikach lub przy restauracji, gdzie mogą napić się piwa albo dwa. 

Jeden z postojów na trasie
W busiku poznaliśmy czwórkę Polaków, ale najlepiej opisuje ich Magda w swoim pamiętniku z podróży:
Są młodzi, dopiero skończyli studia medyczne. Gruzja im się nie spodobała, bardzo narzekają i ostrzegają, by mieć się na baczności, gdyż Gruzini na każdym kroku chcą z obcokrajowców wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy. Cóż, turystyka to biznes, któż wie o tym lepiej niż ja i Misiek? Czego oni oczekiwali odwiedzając jedynie turystyczne destynacje, nie mówiąc ni w ząb po rosyjsku i zabierając do Gruzji… Złotówki? Pozwolili się oszukiwać, więc byli oszukiwani. Może inaczej – zgadzali się płacić więcej, więc płacili. Tak jest wszędzie, „u nas” również.
Gdy dojeżdżamy na miejsce postanawiamy od razu z pełnym ekwipunkiem ruszyć w stronę Lodowca Chalaadi. Dodam tylko, że jest straszny upał, ja mam na plecach prawie 20-kilowy plecak, ale kompletnie się tym nie przejmujemy, tylko jemy lekkie śniadanie, odwiedzamy na chwile informację turystyczną i lecimy na szlak. A, zapomniałbym... Magda jeszcze musiała umyć włosy. Gdzieś w bocznej uliczce. Wodą z butelki. A woda była ze źródełka z centrum miasta. Czwórka Polaków dołącza do nas w międzyczasie, ale oni nie byli przygotowani na jakiekolwiek trekkingi po górach. Mało tego, momentami szliśmy znacznie szybciej od nich, a oni swe plecaki zostawili w hostelu, w którym zamierzali nocować. 

Centrum Mestii
Szlak do Lodowca Chalaadi ciągnie się doliną rzeki Mestiachala, która ma w nim swój początek. Krajobrazy otaczające nas dookoła są przepiękne. Zza jednej góry wyłania się kolejna, piękniejsza niż poprzednia. Idzie się drogą, po której od czasu do czasu przejeżdża jakiś samochód, spaceruje krowa (a jakże by inaczej) lub przebiega nam drogę spłoszony źrebak, który ni z tego ni z owego wyskakuje z krzaków. Raz nawet mijaliśmy gruzińską rodzinę, która kąpała się i chłodziła arbuzy oraz melony w rzece. Ot taki chilloucik. Szlak ten wygląda w ten sposób, aż dochodzi się do mostu wiszącego nad rzeką. Można przy nim spotkać pograniczników.

Początek szlaku do Lodowca Chalaadi
Po przejściu przez rzekę szlak zmienia się na bardziej stromy, górski i taki, który z Magdą bardziej preferujemy, chociaż widoki przysłaniają wysokie drzewa. Ostro pnie się w górę. Wspina się po korzeniach drzew, dalej wzdłuż rzeki, a nawet czasem trzeba iść po kamieniach w rzece. Dobrze, że było gorąco, bo pewnie w czasie większych deszczów lub okresie roztopów i tak dość rwąca rzeka może być jeszcze bardziej niebezpieczna. 

Druga część szlaku
Ostatni fragment szlaku to gołoborza usypane wielkimi, niestabilnymi kamieniami. Przed nami w odległości jakichś 300 metrów jęzor lodowca, ale także coraz groźniej wyglądające ciemne chmury. Nie udaje nam się dotknąć Chalaadi, gdyż decydujemy się na powrót. Pogoda wygląda dość nieciekawie i zaczyna wiać coraz bardziej porywisty wiatr, sygnalizujący zbliżającą się burzę . W końcu jesteśmy w górach i to na wysokości około 1900 m.n.p.m.. Wszyscy wiemy, jak pogoda diametralnie potrafi się zmienić w Tatrach. Na Kaukazie jest tak samo ;)
Lodowiec Chalaadi
Dość szybko wracamy do mostu, przy którym czeka mały busik wraz z kierowcą. Oczekuje on na turystów, których minęliśmy po drodze schodząc przez ten nieco trudniejszy odcinek w lesie. Udaje mi się z nim dogadać, że zabierze mnie i Magdę, którą zaatakował straszny ból głowy, do Mestii za free, bo i tak ma opłacony przejazd przez owych turystów. Najlepszy był jednak moment, gdy w pewnym momencie na szlaku w lesie zrobił się korek, przez... krowy, które stały na wąskiej ścieżce. Ani myślały usunąć się z niej (w ogóle nie ogarniam skąd one się wzięły tutaj) i trzeba było je ominąć, prawie je dotykając.

Madziuchna udaje twardziela i przechodzi obok krów, chowających się przed zbliżającą burzą.
Gdy wróciliśmy do miasteczka, usiedliśmy na ławce w jego centralnym miejscu - parku i zjedliśmy kolację, obserwując tubylców. W oddali słychać szalejącą burzę, ale nie planowała ona przybyć za nami, a raczej skierować się w stronę Ushguli. Mielismy okazję obserwować jak pioruny uderzają w góry gdzieś w tamtych rejonach.

Gdy zaczęło się robić ciemno, postanowiliśmy poszukać miejsca na nocleg. Gdzieś czytałem, że ktoś rozbił się namiotem za pozwoleniem policjantów właśnie w parku, w którym przebywaliśmy. Zresztą, jak rano wysiedliśmy z marszrutki, to stał tu jakiś namiot, ale teraz go nie było, więc pewni nie byliśmy czy rzeczywiście można. Podeszliśmy do dwójki policjantów, którzy faktycznie potwierdzili, że wszyscy przyjezdni rozbijają się tu namiotem, to i my też możemy tak zrobić. Mieli chyba niezły ubaw z tego, że się pytamy ich o pozwolenie i cały czas zerkali na Magdy nogi. 

Nasz rozbity namiot stał się nie lada atrakcją dla dzieciaków bawiących się w parku. Te mniejsze co chwilę podchodziły do niego i zaglądały do środka, wprawiając w zakłopotanie ich gruzińskie opiekunki, natomiast te większe bez skrupułów urządziły sobie z niego bramkę piłkarską i co jakiś czas kopały w niego piłką. Dzieciaki z parku zmyły się dopiero około godziny 23 (była niedziela), a my w międzyczasie zaznajomiliśmy się z pewnym tutejszym prawnikiem. Rozmawialiśmy z nim o tym, jak żyje się w naszych krajach, stosunkach z Rosją i Unią, ekonomii, gospodarce i innych tego typu tematach.

Nie ma to jak porządny namiot za 20 zł z Carrefoura ;)
Nasz namiot był atrakcją niestety nie tylko dla dzieci bawiących się w parku, ale również w nocy zaciekawił psy, które postanowiły nas obudzić o drugiej. Regiony górskie w Gruzji słyną z tego, że biega na wolności masa psów. Jedne są bardziej przyjazne, inne mniej. Nie spodziewałem się ich jednak spotkać w samym centrum miasta, zwłaszcza o drugiej w nocy. Obudziły nas jazgotaniem i warczeniem. Biegały wokół namiotu i jeden nawet odważył się lekko na niego skoczyć. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie słyszałem tak głośnego warczenia psów. Podobnie jak nigdy nie czułem, by komuś tak waliło serce, jak Magdzie w tej chwili. Po chwili usłyszeliśmy jakichś ludzi, którzy przegonili psy i znowu zrobiło się spokojnie. Jednak nie na długo i psy wróciły. Gdy ponownie usłyszeliśmy ludzi, Magda zaczęła krzyczeć po rosyjsku, wołając o pomoc. Jakieś ludzkie głosy odstraszyły czworonogi i moja przyjaciółka postanowiła wybiec z namiotu do ludzi, którzy nam pomogli.

Tak poznaliśmy Hutę i Jango, którzy wyraźnie uradowali się na widok młodej, długonogiej blondynki w samych majtkach i koszulce, która wyraźnie wystraszona prosiła ich o pomoc i przypilnowanie nas, byśmy mogli złożyć namiot i udać się na policję (mieliśmy nawet plan, by nas zamknęli w celi, żebyśmy mogli się przespać). Starzy Gruzini, którzy trudnili się sprzątaniem ulic w mieści tylko machnęli ręką, kazali się pakować i iść z nimi. Zaproponowali nam bezpieczny nocleg u nich w domu, więc spakowaliśmy się migiem i ruszyliśmy z nimi. Tłumaczyli nam, że może faktycznie jakieś psy chciały nas zaatakować, ale nie ma się co ich bać, a poza tym ochraniał nas jeden. I faktycznie, gdy wyszedłem z namiotu, to koło niego, przy samym wyjściu leżała czarna sabaka, która na mój widok tylko leniwie podniosła głowę na moment i położyła się znowu, przymykając oczy.

Chłopaki ugościli nas litrem araki, czyli orzechówki zalewanej spirytusem i chlebem pszennym na zagrychę. Po prawie dwóch godzinach toastów, rozmów, śmiechów Jango w końcu zaprowadza nas do pokoju, w którym mamy spać. Okazuje się jednak, że już ktoś tam nocuje. Był to syn Jango, który został obudzony przez swojego ojca około czwartej nad ranem, by zwolnić swoje łóżko dla dwójki utrudzonych wędrowców z Polszy.

Nasza sypialnia na kolejne kilka dni
Ok. 12 budzi nas Huta – przecież umówiliśmy się na wycieczkę! Na kacu staczamy się z łóżek i z grubsza ogarniamy – czyli po prostu pakujemy do plecaka karimaty i apteczkę, ubieramy spodnie i ruszamy z Hutą na wyprawę. Tankujemy samochód za 20 lari, Huta Kupuje dwulitrowe Natahtari (gruzińskie piwo z okolic stolicy). Krętą, aczkolwiek w wyjątkowo dobrym stanie drogą wjeżdżamy pod jakiś szczyt, parkujemy przy wyciągu krzesełkowym. Wyciągiem wjeżdżamy na szczyt (5 lari/os.), jesteśmy ponad 2 000 m n.p.m. Ze szczytu roztacza się przepiękna panorama: na zachód otulona w siwych chmurach, ośnieżona Ushba, na wschód i południe pokryte zieloną trawą, ostre szczyty o powierzchni przypominających pognieciony atłas, w dole Mestia, a na północ – najwyżej położona osada w Europie - Ushguli. Ushguli wygląda cudnie – małą osadę położoną na wysokości 2 200 m n.p.m. z trzech stron otaczają cztero- i pięciotysięczniki, w tym najwyższa góra Gruzji – Szchara (5 068 m n.p.m.). Po krótkim spacerze siadamy pod drzewem (Huta: „Bjereza! Samyje haroszyje derewo w mirje! My zdjes bezopasny!) . Huta wyciąga litr araki, dwa litry piwa i plastikowe kubeczki. No ładnie, tego się nie spodziewaliśmy.
Góra, o której pisze w swoim pamiętniku Magda, to Zuruldi (2347 m.n.p..m.). Jeszcze nigdy nie spiłem się na takiej wysokości. Huta zapodawał ładne tempo picia, a najlepsze było jednak to, że znowu zbliżała się burza. Zaczęło się od lekkich pomrukiwań od strony Ushby. Stamtąd też nadciągały coraz groźniej wyglądające chmury.  Huta jednak nas uspakajał: Zdjes bjereza! My zdjes bezopasny! Bura? Eeee! Niczewo! Nie boitjec, pijtje.” No to piliśmy i w końcu burza nas zastała. Lało jak z cebra. Waliło jak jak z armat, a my uradowani postanowiliśmy się w końcu ruszyć z miejsca i udać się w stronę kolejki linowej, by zjechać na dół. 

Złowrogie chmury nad Ushbą
Kolejkę jednak wyłączono na czas załamania pogody, w momencie jak przybyli na samą górę ostatni turyści, którzy po zejściu z krzesełek od razu udawali się do budynku operatora kolejki lub pod wiatę, gdzie my staliśmy. Tak, w czasie burzy, na wysokości ponad dwóch tysięcy metrów schowaliśmy się pod metalowo-drewnianą wiatą. Bardzo mądrze, nie powiem. Poznaliśmy tam kompletnie przemoczonego młodego Gruzina z Batumi, z którym wpadłem na pomysł rozpalenia ogniska... Pod wiatą... Na nieszczęście, a może i szczęście mieliśmy tylko kilka mokrych gałęzi i chusteczki higieniczne, które bezskutecznie chciałem spalić za pomocą zapalniczki. Nie pamiętam imienia mieszkańca tej nadmorskiej miejscowości, z której mieliśmy wylot do Polski za niecałe dwa tygodnie, ale poinformował nas, że gdy będziemy w tym mieście, to mamy się do niego odezwać, a znajdzie nam tani nocleg. Szkoda, że byłem w takim stanie, że nie zapisałem jego numeru telefonu w swojej komórce, chociaż byłem pewien, że to zrobiłem. 

Z przemoczonymi Gruzinami i Hutą
Gdy już ulewa ustała i zapowiadało się, że najgorsze minęło, Huta postanowił, że zejdziemy na dół szlakiem, który on zna bardzo dobrze, gdyż część ziemi na tej górze należy do niego, o czym nam opowiadał, gdy tu wjeżdżaliśmy. I tak ruszyliśmy w dół, bardzo fajnym szlakiem, jeszcze pijani, a za nami inni turyści oraz operator kolejki, która już nie miała być uruchomiona tego dnia. Podobało nam się, gdyż po górach zdecydowanie wolimy z Magdą chodzić niż jeździć. Nawet na wskroś pijani.

Widok z Zuruldi
Dalej czekało na nas auto, którym mieliśmy zjechać do Mestii. Huta, oczywiście jeszcze pijany, zasiada za kierownicę, wrzuca wsteczny zamiast jedynki i przypala sprzęgło, nie mogąc ruszyć. Udaje mu się to w końcu z czwartego biegu i jedziemy wolno do domu Jango. Bezpiecznie dojeżdżamy na miejsce, Huta jedzie dalej, gdyż musi coś załatwić, a my idziemy do pokoju, by zdjąć z siebie mokre ciuchy. Magda walnęła się do śpiwora odpocząć i momentalne zasnęła. Po 10 minutach jednak obudził nas Jango, który wpadł do naszego pokoju ze swoim młodszym synem (chyba miał około 10 lat) i litrem araki. No odmówić nie mogliśmy gospodarzowi, więc biesiadujemy razem pół nocy, popijając orzechówkę, jedząc chleb pszenny, częstując młodego Luka kanapką z nutellą i herbatnikami, które przywieźliśmy z Polski. Namawiamy go, by podpisał nam po gruzińsku pocztówkę na pamiątkę. Chłopakowi bardzo się podoba nasze towarzystwo, ale zmęczenie daje za wygraną, więc zasypia w moim śpiworze na moim łóżku. My po skończeniu araki przypominamy sobie o naszej ćwiartce w plecaku, którą przywieźliśmy na wypadek potrzeby leczenia lekkiego zatrucia pokarmowego, no ale przecież takiego nie będziemy mieć, więc można się napić z prawdziwym Swanem polskiej żołądkowej. W końcu Jango opuszcza nas późno w nocy, a my mamy plan wstać, jak najwcześniej, by zdążyć na marszrutkę do Tibilisi.

Obudziliśmy się z Magdą na jednym,wąskim łóżku (bo na moim gdy się kładliśmy spał Luka) około jedenastej. Obudzeni przez zaskoczonego Jango. Zaskoczonego, gdyż myślał, że wstaliśmy wcześnie rano i udaliśmy się na busa. Uświadomił nas tym samym, że już nic nie jeździ z Mestii do Tibilisi i powinniśmy zostać jeszcze jeden dzień, a wieczorem będzie oczywiście okazja do napitku. No i tak robimy, pakujemy mniejsze plecaki i postanawiamy iść do muzeum Michaiła Chergianiego - alpinisty, który jako pierwszy zdobył Ushbę i który lubował się zdobywaniu najtrudniejszych szczytów. 

Kamienne wieże w Mestii
Idziemy przez Mestię, wśród licznych kamiennych wieżyczek, które tworzą niesamowity klimat tego miejsca, wciąż lekko pod górę. W końcu napotykamy miejscowego, który zaczepia nas i pyta się czy idziemy do Jeziorek Koruldi. Lekko ze zdziwieniem, odpowiadamy że tak i pytamy czy daleko jeszcze. Oznajmia nam, że droga jest posta i maksymalnie za 4 godziny będziemy na miejscu. Co prawda było już popołudnie, ale chłodne powietrze i bezchmurne niebo sprzyjało trekkingowi, więc poszliśmy dalej szlakiem, który nam wskazał.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie potworny kac, jaki mnie dopadł po jakiejś pół godzinie. Myślałem, że umrę, głównie przez to, że stanie mi serce. Robiłem postoje częściej niż zwykle, a Magda miała niezły ubaw ze mnie, choć i ona nie czuła się w pełni sił. Męczarnie wynagradzały nam przepiękne widoki, to na Mestię, to na góry dookoła niej. W pewnym momencie zmusiliśmy się do postoju i zjedzenia chleba z tuńczykiem. Dawno tak się nie męczyłem jedząc dwie kromki. Jeszcze jak na złość mieliśmy tylko dwie butelki wody, przez co musieliśmy oszczędnie pić, a smaliło mnie, jak dzika po żołędziach.

W końcu udaje nam się dojść na wysokość 2200 m.n.p.m., gdzie czeka nas punkt widokowy. Robimy tam 15 minut przerwy i podziwiamy piękną panoramę Mestii i otaczających ją zewsząd gór. Mamy widok na Zuruldi, na zielone szczyty po jej prawej stronie i ośnieżone po lewej. Wdychając czyste powietrze nabieramy sił. Z tego miejsca już jest całkiem blisko do jeziorek, więc nie zamierzaliśmy wcale wracać, tylko iść dalej. 

Podziwiam Mestię
Po około 20 minutach docieramy do chatki, która jest opisywana w wielu przewodnikach w tym regionie, gdyż można zakupić w niej domowej roboty wytwory mleczne i nie tylko. Bardzo zdrowe i świeże. Wstępujemy i pytamy czy moglibyśmy napełnić wodą butelki. W środku mieszkają przyrodni bracia i siostra alpinisty (w Gruzji, a jak się potem też przekonaliśmy w Armenii, praktycznie każda osoba jest bratem, siostrą, kuzynem, wujkiem, ciotką, itd. innej osoby, która może żyć nawet w kompletnie innej części kraju), którego muzeum planowaliśmy odwiedzić tego dnia. Oczywiście poczęstowali nas nie tylko wodą, ale też czaczą - inny rodzaj wódki, pędzony z różnych owoców, ta była z jabłek - i chlebem z serem. Porozmawialiśmy chwilę z nimi i obiecaliśmy, że jak będziemy w drodze powrotnej, to znowu wstąpimy. Tak tez zrobiliśmy, ale o tym za chwilę :)

Nakarmieni i napojeni (nie wiem czy czacza tak na mnie podziałała, czy chleb z krowim, białym serem, a może jedno i drugie, ale przybyło mi sił) poszliśmy dalej. Czekał nas teraz bowiem najlepszy fragment szlaku. I może same jeziorka mnie nieco rozczarowały, gdyż spodziewałem się, że będą nieco większe, to widoki, jakie mogliśmy podziwiać w drodze do nich całkowicie wszystko zrekompensowały. Piękno gór w tym regionie jest po prostu powalające i ciężkie do opisania. A jeszcze od czasu do czasu nieśmiało zza chmur wyłaniała się potężna i niebezpieczna Ushba (na tę górę zmierzali Czesi, których poznaliśmy na lotnisku w Kutaisi, a którzy lecieli tym samym samolotem, co my. Czas 11-godzinnego oczekiwania umilali sobie browarami, którymi się w końcu porządnie upili i pozasypiali. Akurat jeden z nich siedział koło mnie w samolocie. Magda była wpatrzona w niego, jak w obrazek, a ja nie mogłem wytrzymać, bo jechało od niego alkoholem, jak od nas pewnie przez cały pobyt w Gruzji). Przy jeziorkach postanowiliśmy chwilę odpocząć i napawać się pięknem widoków oraz podziwiać latające nad nami ogromne orły złociste. Pobiłem swój rekord wysokości, gdyż Koruldi lezą na wysokości 2740 m.n.p.m.. Magda zresztą nigdy wcześniej też tak wysoko nie wlazła.

Dla takich widoków warto było się tak męczyć
Odpoczynek nie trwał jednak długo, gdyż czekał nas powrót, a było dość późno i jeszcze mieliśmy wstąpić do chatki po drodze. Spędziliśmy w niej gdzieś gdzieś maksymalnie pół godziny. Poczęstowano nas oczywiście czaczą, koniakiem - oczywiście domowej roboty, kupiliśmy kawał białego sera za 5 lari i posłuchaliśmy, jak Valeri Hargiani gra gruzińskie pieśni. Magda nawet skusiła się, by odśpiewać z nim Katyushę. Cyknęliśmy pamiątkowe zdjęcie i udaliśmy się w stronę Mestii.

Jeziorka Koruldi
Za daleko nie uszliśmy, gdyż przy punkcie widokowym zawołało nas czterech, pijących tam piwo Gruzinów. Chcieli, byśmy się do nich dołączyli, a my już za długo byliśmy w tym kraju, by odmawiać. Tam oczywiście poczęstowali nas piwem i koniecznie musieli sobie zrobić pamiątkowe zdjęcia. Głównie z Magdą. Ogólnie zaskoczeni byli, że podeszliśmy do nich, bo na ogół, jak wołają turystów, to ich olewają, no ale cytując Madzię "my nie turisty, my putjeszestwienniki". Nie mogliśmy jednak długo zabawić z nimi, gdyż zbliżał się wieczór, a przed nami jeszcze dobre 2 godziny schodzenia.

Okazało się jednak, że chłopaki przyjechali w to miejsce samochodem i zaproponowali wspólny zjazd na dół. Długo nie namyślając się, zgodziliśmy się. Normalnie w to miejsce wjeżdżają auta z napędem 4x4, a oni przyjechali tu... Octavią (z tego, co pamiętam). Czteroosobową Octavią. Oczywiście, to wcale nie był problem, więc wcisnęliśmy się wszyscy (łącznie 6 osób) do środka i zjechaliśmy na dół. Okazało się, że chłopaki są policjantami. Oczywiście wychwalali po drodze naszego byłego prezydenta i wyklinali Putina. Oczywiście Magda musiała dowalić tekstem, że u nas w kraju na policję mówi się psy, czyli po rusku sabaki, z czego oni zaczęli rechotać i potwierdzili, że w Gruzji też. Momentami droga była dość ciekawa, zwłaszcza w miejscach, gdzie musieliśmy się wszyscy cisnąć na jedną stronę, by auto nie przewróciło się na bok, ale ostatecznie bezpiecznie dotarliśmy pod bramę domku Jango.

Z gruzińskimi policjantami na punkcie widokowym
Pożegnaliśmy się i cichcem chcieliśmy wejść do naszego pokoju, ale tam czekał na nas Luka, który ucieszył się na nasz widok. Musieliśmy chwilę z nim posiedzieć (nie mówił po rosyjsku praktycznie wcale) i potem poszedł zawołać swojego ojca. Oczywiście mieliśmy w planach położyć się wcześnie spać, gdyż rano musieliśmy wstać na 7 na marszrutkę do Tibilisi. Jednak za chwilę wpadł Huta z Jango i jeszcze jednym swoim bratem. Przynieśli ze sobą 4 litry wina, oczywiście zrobionego przez nich i ugotowaną rybę. Chcąc nie chcąc trzeba było pić dalej. Wznosiliśmy toasty, rozmawialiśmy, cykaliśmy pamiątkowe zdjęcia aż do drugiej w nocy. W końcu pijani pożegnaliśmy się i położyliśmy spać, gdyż rano czekał na nas busik do stolicy.

Ze swańskimi braćmi
O 5:30 wpadł do naszego pokoju Huta, by obudzić nas na marszrutkę. Udało nam się jednak go uprzedzić i jak się pojawił, to my już się zbieraliśmy do opuszczenia tego domu. Odprowadził nas do samego centrum, gdzie czekały busiki w różne miejsca. Pożegnaliśmy się z nim, władowaliśmy bagaże do środka auta i rozłożyliśmy się na tylnym siedzeniu wciąż czując, że jesteśmy pijani. 

Opuszczaliśmy Mestię z żalem, gdyż poznaliśmy tutaj naprawdę wspaniałych ludzi. Jednocześnie zakochaliśmy się w Swanetii i utwierdziliśmy się w przekonaniu, że na pewno tu wrócimy. Nie odpuszczę trekkingu do Ushguli i chciałbym w końcu zobaczyć Ushbę w całej pełnej okazałości, bo przez cały czas, jak byliśmy/piliśmy (niepotrzebne skreślić) była za chmurami i nie pojawiła się cała ani razu. A szkoda, bo jest naprawdę piękna. Przed nami jednak były kolejne przygody i kolejne góry, w tym chyba najpiękniejsza na całym Kaukazie - Kazbek.
Swanetia araką, czaczą i winem płynąca Swanetia araką, czaczą i winem płynąca Reviewed by Michał Cizio on 19:10 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.