Facebook

Góry Krety: Psiloritis

Psiloritis (z greckiego Wysoka Góra) to najwyższa góra Krety. Wznosi się na wysokość 2456 m n.p.m. Nosi również nazwę Timios Stavros (Święty Krzyż) od maleńkiego, zbudowanego tylko z kamieni kościółka, znajdującego się na jego wierzchołku. Jest to najwyższy szczyt masywu Gór Idajskich, rozciągających się w centralnej części wyspy, w prefekturze Rethymno. 

Timios Stavros
Po raz pierwszy ujrzałem tego giganta w 2015 roku, gdy jechałem do Knossos. Byłem na wyspie od kilku dni i przechodziłem trening, podczas którego objeżdżałem wycieczki fakultatywne, które są w ofercie mojego biura podróży. Z okien autokaru wydawał mi się niesamowicie piękną górą. Zwłaszcza że jego wierzchołek przykrywała czapa śniegu. Było to dla mnie coś niesamowitego, gdyż temperatura powietrza na zewnątrz autokaru sięgała 30 stopni Celsjusza. Obiecałem sobie wtedy, że muszę zdobyć tę górę w najbliższym czasie. 

Psiloritis z okien autokaru, jadącego do Knosso. 2015 rok.

Psiloritis, widok z Margerites. 2015 rok.
Ostatecznie minął jeden sezon, a ja plany wejścia na Psiloritis musiałem przełożyć na kolejny rok. W poprzednim sezonie też nie udało się tego dokonać i jak teraz wróciłem na Kretę, to stało się jednym z priorytetów na lato. Tym bardziej, że tym razem mieszkam w okolicach Rethymno i stąd już jest bardzo blisko do początku któregoś ze szlaków na górę. Ba... nawet widzę ją z jednego ze swoich balkonów.

Na szczyt można dostać się kilkoma szlakami, prowadzącymi z różnych miejsc. Najpopularniejszy prowadzi z Płaskowyżu Nida, gdzie znajduje się również szlak do Jaskini Ida — w której wg mitologii wychowywał się Zeus. Inny — dłuższy, wiedzie od zachodniej strony, z miejscowości Fourfouras. Początkowo planowałem przejść właśnie ten, około 10-godzinny (w dwie strony) odcinek. Musiałem jednak zrezygnować z tej opcji, gdyż nie posiadałem tyle wolnego czasu tego dnia i poza tym szły ze mną jeszcze dwie niewiasty, z którymi pracuję i które mogłyby nie wytrzymać fizycznie takiej wędrówki. Postawiłem więc na trzecią opcję, a mianowicie na wejście od schroniska Lakos Mygerou, do którego można dojechać drogą asfaltową (przejezdną tylko latem). Wybudowane jest na wysokości 1570 m n.p.m. i do szczytu jest stąd jakieś 3 godziny, spokojnym marszem.

Lakos Mygerou
Schronisko Lakos Mygerou
Wyjechaliśmy z naszego domu rankiem (po drodze jedząc lekkie śniadanko w hotelu oraz robiąc zapasy na drogę w jednym ze sklepów) i pojechaliśmy w stronę schroniska. Po drodze mijaliśmy wiele pięknych, małych wiosek rozlokowanych na zboczach gór w obrębie miasta Rethymno. Niezwykle zaskoczyła nas wioska Zoniana, gdzie znajduje się całkiem ładny stadion piłkarski. Położona pośrodku wysokich wzniesień ma naprawdę ładny kompleks sportowy. Stamtąd prowadzi już wąska asfaltówka. Mija się po drodze stada owiec i wiele Mitato, czyli chat pasterskich, o których pisałem, chociażby w ostatnim poście

Krajobrazy na trasie do schroniska

Droga do schroniska
Po dojechaniu na miejsce ukazało się naszym oczom stado kóz oraz kilka budynków, które pełniły funkcję schroniska. W jednym były toalety, w drugim drewniane łóżka, a w trzecim grill, gdzie strudzony wędrowiec mógł na ogniu przygotować sobie jakiś posiłek. Całkiem nieźle przygotowane to wszystko i można spokojnie spędzić tutaj noc. Muszę o tym pomyśleć, gdy nadejdzie noc Perseidów, bo niebo na takim pustkowiu zawsze wygląda fenomenalnie. O 10:20 ruszyliśmy szlakiem na szczyt góry. Początkowo jest on oznaczony słupkami ze strzałkami (część z nich leży na ziemi, gdyż nie przetrwało tegorocznej zimy i ciężaru śniegu). Później idzie się kamienną, łatwodostrzegalną ścieżką. Cały czas delikatnie do góry, ale nie jest to bardzo męczące podejście. Dookoła praktycznie nie ma roślinności poza kolczastymi krzaczorami. Wiatr lekko zawiewał, przez co ubraliśmy mimo wszystko soft shelle i kurtki. Był maj. Poranki o tej porze roku i na tej wysokości wcale nie były takie ciepłe. Szliśmy we trójkę sami i dopiero po pół godziny spaceru, dostrzegliśmy, że pod schronisko podjechało inne auto oraz że ktoś ruszył ścieżką w naszą stronę.

Kozy na szlaku

Początek szlaku 
Schronisko widziane ze szlaku.


Im wyżej wchodziliśmy, to zza okolicznych wzniesień pojawiały się kolejne, piękne krajobrazy. Na trasie na zboczach góry znajdowało się coraz więcej płatów zalegającego śniegu. W pewnym momencie, mniej więcej na wysokości już 2000 metrów, szlak ten łączy się ze szlakiem prowadzącym z Płaskowyżu Nida. I tutaj zaczynało wiać dość porządnie. Od tego miejsca zaczęliśmy też spotykać kilku innych maniaków gór, którzy tak jak my wchodzili na szczyt, albo z niego już schodzili. Śniegu też było już coraz więcej. W pewnym momencie pojawił się na szlaku i trzeba było go pokonać, by wędrować dalej. Nie miałem z nim kłopotów, jednak dziewczynom sprawił dość spory problem. Na górę wybrały się bowiem w obuwiu na lekki trekking. Jedna z nich miała tylko adidasy, które na lekko rozmrożonym śniegu bardzo się ślizgały. Udało im się jednak pokonać ten odcinek, ale gdy doszliśmy do kolejnego, bardziej stromego i dłuższego, to się poddały. Dałem im swoje kije trekkingowe, rękawiczki i nakłaniałem, by ruszyły za mną. Wydeptałem im ścieżkę przez śnieg, po której łatwiej im by się stąpało, ale nie chciały iść dalej. Do szczytu było jakieś 200 metrów przewyższenia i tak naprawdę kilkanaście minut drogi, a ja stwierdziłem, że nie mogę w tym miejscu odpuścić. Ruszyłem dalej sam.

Im wyżej, typ widoki piękniejsze i...

... piękniejsze... 
... więc trzeba robić selfie co chwilę :D



Śnieżny odcinek, przez który dziewczyny jeszcze dały radę przejść

Był to najtrudniejszy odcinek trasy, gdyż szlak był całkowicie przykryty śniegiem i o ile prowadził on wzdłuż stromego zbocza, to latem nie powinien stanowić problemu, o tyle o tej porze i w tych warunkach było dość niebezpiecznie. Jednak pewne stawianie kroków i odpowiednie układanie ciężaru ciała sprawiło, że dość szybko wylazłem ze śniegu i znalazłem się na grani góry, którą mogłem wędrować na sam szczyt. Momentalnie uderzył we mnie silny wiatr. Z trudem utrzymałem równowagę. Zacząłem iść przed siebie. Wiało tak bardzo, że szedłem przechylony w prawą stronę i ciężko stawiałem kroki. Widok jednak na zachodnią część wyspy był niesamowity. Po tej stronie góry śniegu było bardzo dużo. 

Droga na szczyt

Chmury, kłębiące się na zachodzie Krety
Kilka minut po godzinie 12 znalazłem się na szczycie. Wiało tak, że głowę mogło urwać, więc schowałem się za wschodnią stroną kościółka, by podziwiać widoki roztaczające się z góry. Widoczność była bardzo dobra. Zjadłem rogalik nadziewany czekoladą i napiłem się wody. W planach było wypicie małego piwa na szczycie, ale nie lubię pić piwa samemu, więc zrezygnowałem z tego pomysłu.

Na szczycie znajduje się maleńka świątynia pod wezwaniem Świętego Krzyża i zawsze w połowie września, kiedy obchodzi się Święto Podwyższenia Krzyża na Krecie, odbywa się tutaj poranna msza. Poprzedzona jest ona wspinaczką na szczycie i spędzeniem na nim nocy. W rozbitym namiocie lub wybudowanym przez siebie z kamieni legowisku, przykrytym folią, chroniącą od wiatru. Jakbym miał czas we wrześniu, to też bym się na takie coś pisał.


Selfie na szczycie, by udowodnić, że to ja robiłem te zdjęcia :D
Spędziłem tu kilkanaście minut, po czym stwierdziłem, że nie można pozwolić, by dziewczyny na mnie zbyt długo czekały i zacząłem schodzić w dół. Droga w dół była dość łatwa, chociaż trzeba było uważać, by uważnie stawiać stopy. Gdy doszedłem do miejsca, gdzie zalegał śnieg, plułem sobie w brodę, że oddałem dziewczynom swoje kije. Było tu dość stromo i właśnie w drodze powrotnej najbardziej by mi się one przydały. W tym miejscu napotkałem też parę starszych wędrowców, którzy wcześniej zaczęli schodzić ze szczytu i którzy mieli w tym miejscu pewne problemy z odnalezieniem szlaku. Powiedziałem im, żeby szli za mną, pomimo że sprzęt mieli lepszy i łatwiej byłoby mi iść za nimi. Dość jednak sprawnie poszło mi pokonanie tego odcinka. Tu zorientowałem się, że dziewczyny nie czekały na mnie z zejściem w dół, więc i dalszą drogę w dół musiałem pokonać bez kijów, z czego moje kolana nie były zadowolone. Czuję je teraz przy każdym dłuższym schodzeniu w dół, po przygodach w Picos de Europa

Dziewczyny dogoniłem na jakieś pół godziny przed schroniskiem. Ogólnie zejście zajęło mi trochę ponad godzinę. Całą trasę ze schroniska do szczytu i z powrotem można zrobić nawet w cztery godziny, co mnie bardzo zaskoczyło. Ale tak to jest, jak się do połowy góry wjeżdża samochodem. 

Stado nie chciało nas przepuścić... w sumie normalne na Krecie...
Sam szlak jakoś bardzo mnie nie zachwycił. Podobał mi się odcinek z pokonywaniem śniegu, gdyż trochę adrenaliny dodał. Natomiast krajobrazy roztaczające się dookoła były naprawdę piękne i jak zawsze piękne widoki rekompensują wszystkie trudy wspinaczki. No, chyba że wchodzi się we mgle na szczyt i dookoła widzisz tylko mleko. Na szczęście na Krecie, zwłaszcza w sezonie, bardzo mało jest takich dni. Z gór, które jeszcze w tym roku chcę zaliczyć pozostała ta najwyższa w Górach Białych, która w zeszłym roku mnie pokonała. Pisałem o tym w poście o trzech nieudanych wejściach. Liczę więc, że jeszcze w tym roku pojawi się trzeci i (prawdopodobnie) ostatni post z cyklu o Górach Krety

Góry Krety: Psiloritis Góry Krety: Psiloritis Reviewed by Michał Cizio on 10:00 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.