Facebook

O trzech nieudanych wejściach...

Pachnes (2453 m.n.p.m.) - najwyższy szczyt Gór Białych (Lefka Ori), znajdujących się na zachodniej Krecie. Góra, którą planowałem zdobyć od początku tego sezonu. Czekałem jedynie na odrobinę wolnego czasu i dobrą pogodę. Nie byłem jedynym, który chciał ją "zaliczyć" tego lata. Jest nas tutaj więcej, ale nie mogliśmy się zgrać terminowo, więc każdy z nas próbował swoich sił w różne dni. Z jakim skutkiem? Ano takim, że teraz nazywamy tę górę: PECHnes, Góra, Której Imienia Nie Wolno Wymawiać czy Góra Przeznaczenia

Pachnes 




Pierwszy był kolega o takim samym imieniu jak moje. Przyjechał do niego znajomy i zdecydowali się, że w ten wolny dzień pojadą właśnie w góry. Ich planem było wejście na Pachnes, ale mi się za bardzo nie chciało wierzyć, że im się uda. Musieliby wyjechać wcześnie rano z Rethymno, by zacząć się wspinać, a tymczasem kolega musiał jeszcze dojechać z Heraklionu. Nie mogłem w tej wycieczce uczestniczyć z racji innych obowiązków, ale z zaciekawieniem czekałem na informacje, jak im poszło. Zwłaszcza, że tego dnia pogoda wcale nie dopisywała i widziałem ciemne chmury przysłaniające te najwyższe szczyty na południe od Chanii. W tym największym mieście Krety Zachodniej natomiast padał deszcz. 

Chłopakom nie udało się wejść na szczyt. Z ich relacji wynikało, że wjechali samochodem do schroniska Katsiveli (1980 m.n.p.m.), co jest rzeczą godną podziwu, gdyż wjeżdżali... Matizem. Nie jestem pewien, czy w ogóle tam można dojechać samochodem, no ale ponoć tak... Gdy zaczęli trekking, nadciągnęły chmury, pojawiła się mgła. Szlak nie był za dobrze oznakowany i ostatecznie zamiast na szczyt, poprowadził ich do jaskini. Jak się okazało, temperatura w środku była bardzo niska i w jej wnętrzu zalegał śnieg. Jest to ciekawe, gdyż był początek września, a lato było bardzo ciepłe. Pozwiedzali jaskinię i po ich opowieści dodałem ją do listy rzeczy do odwiedzenia na Krecie. Okazało się, że szlak, który obrali na początku, jako ten na Pachnes, właśnie prowadził do tej jamy, a oni powinni iść w innym kierunku. Nie decydowali się jednak na atak szczytowy, gdyż mgła wcale nie robiła się rzadsza. Pokręcili się trochę po okolicy, odnaleźli drogę powrotną do auta i wrócili do domu. Nie mniej jednak bardzo im się wycieczka podobała i dostałem kilka cennych wskazówek. 

Dwa tygodnie później postanowiłem sam wyruszyć na szlak. Przez cały sezon planowałem sobie wejście na Pachnes od strony południowej. Plan był taki, by przespać się na którejś z południowych plaż Krety, w okolicach Aradeny - najlepiej Glyko Nero - i z samego rana wjechać jak najwyżej samochodem, by potem zacząć wędrówkę na szczyt. Nadmiar obowiązków, ograniczenia czasowe i brak samochodu z napędem na cztery koła sprawiły, że musiałem znaleźć alternatywę. Tą alternatywą było wejście od Omalos, gdzie zaczynały się szlaki na Gingilos czy też do Wąwozu Samaria. Tam też jest droga prowadząca do schroniska Kalergi (1680 m.n.p.m.), obok którego miałem przenocować i z samego rana rozpocząć trekking. Do Omalos mam znacznie bliżej, niż na południe wyspy, więc mogłem nawet późnym wieczorem wyjechać z domu, by przespać te parę godzin w aucie, gdzieś właśnie w tamtych okolicach. Droga do schroniska miała być normalna, przynajmniej tak powiedział jeden ze znajomych Greków, na pytanie jak tam dojechać, gdy planowaliśmy się udać w to miejsce na obserwację perseidów w sierpniu. Wcale taka jednak nie jest... Tzn. wszystko zależy od tego, co dla niego oznaczała normalna. Bo jeśli miał na myśli szutrową drogą, pełną kamieni i skał, z dosyć stromymi podjazdami, gdzie poradzi sobie tylko auto z napędem na cztery koła, to owszem... taka jest. Po jego wskazówkach liczyłem, że moja Panda sobie poradzi na tej trasie, dlatego tak to zaplanowałem. 

Widok z trasy na Gingilos

Wąwóz Samaria
Wyjechałem około 23 z domu, gdyż miałem jeszcze tego dnia trochę pracy. Na Płaskowyżu Omalos znalazłem się koło północy i odbiłem w stronę schroniska. Od razu wjechałem na drogę szutrową i wiedziałem, że łatwo nie będzie. Nie poddawałem się jednak i jechałem przed siebie. Droga za każdym zakrętem prowadziła coraz wyżej i wyżej. Wiedziałem, że od skrzyżowania do schroniska jest jakieś pięć kilometrów, więc nie spieszyłem się. Jechałem spokojnie, omijając w ciemnościach te większe dziury. W pewnym momencie zobaczyłem, że za prawym oknem w oddali pobłyskują światła domostw na płaskowyżu, więc już byłem dość wysoko. Cieszyłem się, że jest dość ciemno, bo pewnie tuż po prawej stronie drogi zaczynała się przepaść, a barierek brak. Po około 30 minutach jazdy natrafiłem na dość stromy podjazd, gdzie kamienie były wyjątkowo sypkie. Traciłem przyczepność i nie dawałem rady podjechać. Koła mi się kotłowały w miejscu. Zaciągałem hamulec i próbowałem ruszyć z ręcznego, ale niestety błędem było zatrzymanie się tuż przed tym podjazdem i lipa. Nie mogłem jechać wyżej. Auto stało na środku wąskiej, stromej, szutrowej drogi. Po lewej stronie skały, po prawej przepaść i ciemność dookoła. Nie było możliwości podjechania do góry. Serce mi trochę skakało, ale wiedziałem, że jedyna droga jaką mogę teraz obrać, to do tyłu. Więc powoli zacząłem cofać, aż dojechałem do zakrętu. Pomyślałem, że może tu się zatrzymam i przenocuję, gdyż trakt był szerszy i spokojnie auta pasterzy mogły mnie tu ominąć. Było to jednak też miejsce osuwiska skalnego i bałem się, że jakieś kamienie mogą spaść w nocy na auto. Pal licho ze mną, ale lakier samochodu jest cenny i Manolis by mnie pewnie zabił, że po sezonie oddaje mu auto w takim stanie. Już wystarczy, że dwa razy w tym roku wymienialiśmy oponę i naprawialiśmy chłodnicę. Jedyną decyzją było nawrócenie i zjechanie w bardziej bezpieczne miejsce. Tak też zrobiłem. Zawróciłem auto na tej wąskiej drodze i zjechałem na sam dół. Kilkaset metrów po zjeździe z asfaltówki na tę szutrową mijałem opuszczony budynek jakiejś sali weselnej lub hoteliku. Pamiętałem ten budynek, więc gdy zjeżdżałem, obrałem go sobie za cel, by przy nim się zatrzymać i spędzić resztę nocy. 

Droga z Omalos, którą chciałem pokonać Pandą
Noc była piękna. Już dawno nie widziałem tylu gwiazd na niebie, a wschodzący księżyc oświetlał okolice. W oddali słyszałem delikatne pobrzękiwania dzwoneczków, które kozy noszą na szyi. Poza tym żadnego hałasu. Cisza. Rozłożyłem siedzenie, wlazłem do śpiwora i zasnąłem wpatrując się przez okna samochodu w rozgwieżdżone niebo. Początkowo chciałem spać w tym pustostanie, ale w aucie było cieplej. Noc była chłodna (lub jakby to powiedział Michał Pater - rześka). Obudził mnie przejeżdżający samochód terenowy o godzinie 5:30. Początkowo miałem taki plan, żeby właśnie o tej godzinie rozpocząć wędrówkę, ale ciepło śpiwora tak mnie tuliło, że stwierdziłem, że dam sobie jeszcze z pół godziny snu. Parę minut po szóstej zebrałem się w sobie i ruszyłem na szlak, który parę godzin wcześniej próbowałem przejechać swoim autem.

Tuż przed świtem
Była jeszcze noc. Gwiazdy wciąż jeszcze świeciły, a szlak z jasnego żwiru, wyraźnie odznaczał się od ciemnych skał dookoła, więc nawet nie potrzebowałem wyciągać czołówki z plecaka. Maszerowałem z kijkami. Początkowo nie mogłem odnaleźć rytmu, ale po paru minutach się z tym uporałem i marsz robił się coraz przyjemniejszy. Powoli zza otaczających gór wstawało słońce i zaczynało oświetlać okoliczne szczyty oraz Omalos. Minęły mnie jeszcze dwa auta terenowe, a po 45 minutach od rozpoczęcia spaceru byłem już przy schronisku Kalergi. Czyli pokonałem ten odcinek o połowę krócej niż piszą w przewodnikach. Strasznie w tym miejscu wiało, więc podziwianie widoków nie było wcale tak przyjemne, gdyż wiatr był wyjątkowo zimny. Widać, że powoli zima zbliża się w te wyższe partie gór.

Samo schronisko jest naprawdę pięknie położone. Nad urwiskiem, z którego rozpościera się przepiękna panorama na Wąwóz Samaria i otaczające go szczyty. Postanowiłem zjeść tutaj śniadanie w postaci dwóch rogalików nadziewanych czekoladą. Popiłem to wszystko wodą z butelki. Miałem jeszcze kupione w Lidlu na obiad pulpeciki w sosie pomidorowym, których nawet nie trzeba odgrzewać. Odkryłem jednak w tym miejscu, że nie zapomniałem zabrać ze sobą jakąś łyżkę albo widelec. Po 10 minutowym odpoczynku, ruszyłem w dalszą drogę. 

Schronisko Kalergi

Szlak dalej prowadził szeroką drogą szutrową, po której można by swobodnie poruszać się autem 4x4. Szło się przyjemnie. Dookoła podziwiałem przepiękne górskie krajobrazy, a temperatura powietrza robiła się coraz wyższa. Wiatr zelżał i tylko momentami przy małych przełęczach dawał się we znaki. Zachwycony krajobrazem i łatwością szlaku szedłem w dobrym tempie. Od czasu do czasu słyszałem strzały z broni palnej. Znak, że pobliscy górale albo polują, albo chcą kogoś/coś odstraszyć.

Kalergi i Gingilos w tle.
Po niecałej półtorej godzinie marszu stało się coś, czego nie przewidziałem. Zahaczyłem delikatnie podeszwą buta o jakiś kamień i ta nie wytrzymała. Praktycznie cała się odkleiła. Spojrzałem na swoje nogi i nie wierzyłem. Buty, które przeszły ze mną sporą część Kaukazu, wchodziłem w nich wulkan, przemierzałem dżunglę w Meksyku, w poszukiwaniu ruin dawnych cywilizacji, nagle postanowiły, że zakończą swój żywot. Znaczy nie buty, a prawy but. Nie wierzyłem. Owszem, w dżungli przemokły i dobrze nie wyschły, co skutkowało nie tylko tym, że w drodze powrotnej z Meksyku do Polski trzymałem je zawinięte w foliowych torebkach, gdyż strasznie śmierdziały, ale też tym, że po prostu przód podeszwy prawego buta lekko się odkleił od jego reszty. Cała jego konstrukcja osłabła i takie lekkie zahaczenie o kamień poskutkowało odklejeniem się praktycznie całej podeszwy. Nie dałem rady tak iść i stwierdziłem, że muszę jakoś ją przymocować. Wyciągnąłem z plecaka sznurek i obwiązałem nim porządnie całego buta. Chciałem iść dalej przed siebie, ale nie byłoby to dobrym pomysłem. Na tych kamieniach sznurek łatwo mogłem przetrzeć i nawet jakbym doszedł na szczyt, to czekała mnie jeszcze długa droga powrotna. Gdyż z Kalergi do szczytu to jakieś 8 godzin trekkingu. Poszedłem kilkanaście metrów do przodu i zawróciłem. Zły... nie, wkurzony. Była idealna pogoda na trekking, czułem się naprawdę dobrze. Po raz pierwszy od wielu dni. I co? Jednak wielka lipa. Droga powrotna minęła mi szybko, pomimo ciągłego poprawiania sznurka na bucie. Koło południa zajechałem już pod swój dom i ze złości poszedłem spać. Nie miałem tego dnia już ochoty na nic...

Szlak od schroniska Kalergi.

Widok na Wyspę Św. Teodora i Platanias, gdzie mieszkam.

Droga powrotna i widok na Kalergi
Tydzień później zebrała się kolejna ekipa, która postanowiła wejść na Pachnes. Dwóch mężczyzn i blond-włosa niewiasta postanowili pokonać tę samą trasę, którą ja planowałem przejść. Rozochoceni pomysłem pojechali na przygodę. Byli pewni, że wrócą z tej wyprawy z czymś, czego nie udało się im poprzednikom. Zdobędą szczyt i pomszczą nasze niepowodzenia. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że im się uda. Tymczasem tego dnia, gdy wróciłem z plaży na Falassarnie po 21, to zobaczyłem, że wciąż nie ma samochodu, którym wyjechali na wyprawę. Po 22 zacząłem się martwić, więc zadzwoniliśmy z zapytaniem, jak im poszło.

Ich też góra pokonała. A właściwie nie góra, a długość szlaku na nią. Zaczęli wyprawę tak dobrze, jak ja. Przeszli dłuższy odcinek i nawet z Kalergi przeszli do Katsiveli, skąd jest jeszcze ponad 2 godziny na szczyt. Jednak po zjedzeniu obiadu, stwierdzili, że nie dadzą rady, gdyż mają za mało czasu. Gdy dzwoniliśmy do nich, dopiero dochodzili do auta, którym mieli wracać już do domu. Byli wycieńczeni, a w najgorszym stanie była niewiasta, która nabawiła się problemów ze stopami przez nieodpowiednie obuwie. Skończyło się ostatecznie na ogromnych odciskach i dwóch zerwanych paznokciach...

Najdziwniejsze w tym wszystkim było samo zachowanie się Kreteńczyków, którzy mijali ich po drodze, gdy ci wracali szlakiem do auta. Znajomi próbowali zatrzymać przejeżdżające terenówki, by zabrali ich na dól, gdyż nie są w stanie iść (bolały ich stopy, mieli mało wody, byli wykończeni). A oni im tylko machali i jechali sobie dalej. Mało tego, okazało się, że w pozostawionym na początku szlaku samochodzie nie ma radia, które w nim powino być zamontowane. Mimo, że wszystkie drzwi były zamknięte. W tej sytuacji Kreteńczycy nie popisali się gościnnością...


Droga powrotna do Omalos. Nawet można dojrzeć mój zaparkowany samochód...
Pachnes pokonał nas wszystkich. Białe Góry pokazały, że są niezwykle wymagające i trzeba być odpowiednio na nie przygotowanym. Zresztą, tak jest z każdymi górami. Trzeba je traktować z ogromnym szacunkiem. Mnie jednak ciągle do nich ciągnie, gdyż są niesamowicie pięknymi górami. A przy dobrej pogodzie można podziwiać niesamowite widoki i odległe rejony Krety. Stoisz na szczycie i widzisz z jednej strony Morze Kreteńskie, a z drugiej Morze Libijskie. To robi wrażenie.

Jestem najbardziej zawiedziony tą swoją wyprawą. Nie ze względu na to, że muszę kupić sobie nowe buty. Bardziej dlatego, że cholernie potrzebowałem pochodzić po górach i tam naprawdę poczułem się znowu dobrze. Ostatnio tak dobrze czułem się po skoku na bungee z mostu nad Aradeną. Nawał pracy i różne problemy sprawiają, że muszę odpocząć, a najlepiej wypoczywam w górach. Po całym dniu spędzonym na plaży nie czuję się tak dobrze, jak właśnie wędrując górskimi szlakami. Zwłaszcza w samotności. Była to bardzo dobra okazja, by własnie odpocząć. Teraz pogoda jest idealna. Jak wrócę do Polski, to tam już taka nie będzie. Zwłaszcza, że sezon wydłuża mi się w nieskończoność, a po przylocie do kraju wyruszam znowu w krótką podróż. Mało tego, nie będę miał znowu na to czasu, by nawet wyskoczyć na weekend w góry, więc nie naładowałem wystarczająco baterii... Wszystko też wskazuje na to, że zdobycie tego szczytu trzeba pozostawić na przyszłość, ale już na pewno nie na tą najbliższą...
O trzech nieudanych wejściach... O trzech nieudanych wejściach... Reviewed by Michał Cizio on 14:37 Rating: 5

Brak komentarzy:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.