Facebook

Teleportacja

Jakże cudownie byłoby posiadać zdolność teleportowania się. Myślę, że ludzie, którzy dużo podróżują, pragnęliby takiej umiejętności szczególnie. Mogliby wtedy bez problemu przenosić się w miejsca, które widzą chociażby na zdjęciach. Jak w filmie Jumper, gdzie główny bohater właśnie w ten sposób potrafi się przemieszczać. Patrzy na zdjęcie, pyk i już przeskakuje ciałem do sfotografowanego obiektu. Jest to znacznie wygodniejsze niż chociażby w Harrym Potterze czy Star Treku. A ja powiem Wam w sekrecie, że też posiadam zdolność teleportacji. Możecie się śmiać i kręcić głowami, że to niemożliwe. Ale nawet swoje zdolności pokazywałem wielu osobom i jeśli chcecie się dowiedzieć, jak tego dokonać, to przeczytajcie ten tekst.

Plakat filmu Jumper
źródło: filmweb.pl

Zdolność teleportowania się jest niezwykle przydatna. Bardziej jednak przydatna byłaby, gdybym potrafił w pełni nad nią zapanować. Otóż niestety wciąż się jeszcze tego uczę. Nie mniej jednak mogę podzielić się przydatnymi informacjami, jak spróbować tego dokonać oraz opowiem Wam 3 historie, kiedy to użyłem tej umiejętności. Nie wiem w sumie po co, ale przynajmniej się trochę pośmiejecie ;)


Historia 1

Bogacica, woj. opolskie, Polska, maj, rok 2010.

Mój przyjaciel - Łukasz, zawierał w tym dniu związek małżeński z Sonią. Jak to bywa w takie dni, po uroczystych zaślubinach nastąpiła impreza, potocznie zwana weselem. Jako, że z Łukaszem znam się od podstawówki i jest to jeden z dwóch moich najlepszych przyjaciół, więc obowiązkiem było dobrze się bawić. Problem polegał na tym, że dzień wcześniej zostałem wystawiony przez moją partnerkę i na wesele pojechałem bez osoby towarzyszącej. W takich sytuacjach często najlepszym kompanem do zabawy zostaje butelka wódki. Ja takich kompanów znalazłem naprawdę wiele. Dodatkowo spotkałem się tutaj z kuzynem Łukasza, którego nie widziałem kilka lat, więc trzeba było nadrobić zaległości i narzuciliśmy bardzo szybkie tempo picia. Za szybkie. Nie będę opisywał jak przebiegała cała impreza i tego, jak się bawiłem, tylko przejdę od razu do najważniejszej części.

Ja z Bartkiem (po lewej) i Łukaszem (po prawej)
Bardzo szybko urwał mi się film i to, co tu opiszę, znam tylko z opowiadań świadków. Ja totalnie nie pamiętam, jak tego dokonałem. W każdym razie po małym "wypadku" poszedłem do łazienki się obmyć. Był to znak, że czas wracać do domu. Łukasz z Bartkiem postanowili przechwycić mnie, gdy będę wychodził z łazienki i wsadzić do auta, by ktoś zawiózł mnie do domu. To miał być dla mnie koniec naprawdę udanej imprezy. Chłopaki czekali na mnie i czekali, a ja z łazienki nie wychodziłem. Jeden stał specjalnie przygotowany na tę okazję pod drzwiami do toalety, a drugi zaraz przy wyjściu z sali na zewnątrz. W końcu jeden wszedł do środka, a toaleta była pusta. Zdziwiony wyszedł, a drugi w tym czasie dojrzał mnie idącego... koło małego stawu. Szedłem po chodniku, z rękami w kieszeni, jakby nigdy nic. Jak się tam znalazłem?! Nie wiadomo. Okna w łazience ponoć były raczej dość małe, żebym się przez nie przeciskał, zwłaszcza w takim stanie, kiedy chodzenie sprawiało mi trudność, a co dopiero przeciskanie się przez wąski otwór. Więc to musiała być teleportacja. Gdy Łukasz oprzytomniał z zamurowania, przechwycił mnie i zaprowadził do auta, którym dotarłem do domu. Pewnie bym o tej zdolności nie wiedział, ale chłopaki dalej nie potrafią wytłumaczyć, jakim cudem znalazłem się na zewnątrz. Twierdzą, że niemożliwe, żebym im umknął, bo specjalnie pilnowali wyjść, by mi pomóc...

Historia 2

Wrocław, woj. dolnośląskie, Polska, grudzień, rok 2013.

Była to przerwa pomiędzy Świętami Bożego Narodzenia, a Sylwestrem. Znaczy przerwa, którą mają uczniowie w szkołach, bo ja w tym czasie pracowałem w hotelu. Nawet nie byłem na świętach w domu rodzinnym, tylko czas ten spędzałem we Wrocławiu. Pewnego razu postanowiliśmy wyjść do Padbaru - genialne miejsce w stolicy Dolnego Śląska, gdzie można przy piwku pograć w planszówki lub na konsolach. Miało być spokojnie, ale wieczór przerodził się w coś innego. Po Padbarze część rozeszła się do domów, a ja z E. i M. postanowiliśmy pójść na imprezę. Śmigaliśmy od clubu do clubu, aż ostatecznie na dobicie poszliśmy do Nieba, gdzie zawsze kończyliśmy imprezy. Tego dnia jednak nie skończyliśmy. Po paru godzinach stwierdziliśmy, że idziemy się gdzieś przejść. Jak powiedzieli, tak zrobili i poszli w miasto. W międzyczasie kupiliśmy butelkę wina (kij, że przez cały wieczór piliśmy drinki i piwa, wymieszane z szotami wódki od czasu do czasu) oraz wpadliśmy na pomysł, że spożyjemy ją na wyspie o wchodzie słońca. Gdy E. nabywała czerwonego trunku w sklepie, ja poznałem w międzyczasie dwóch Polaków, mieszkających na co dzień w Kanadzie. Jak ich poznałem? Wszedłem do sklepu, usłyszałem, że mówią z dziwnym akcentem, podszedłem do nich i powiedziałem: pójdźcie za mną. A ci poszli, jak za Jezusem. Zabraliśmy ich na Wyspę Słodową, a po drodze włączył mi się przewodnik miejski i opowiadałem im o zabytkach Wrocławia. Pamiętam hasło jednego z nich, że żałują, że jak parę dni wcześniej byli w Pradze, to nie mieli mnie za pilota. Nie wiem, co za bzdury im naopowiadałem, ale ja nic nie wiem o zabytkach Wrocławia, a na pewno wiem mniej niż chociażby o mieście Chania na Krecie :D W każdym razie dotarliśmy na wyspę, usiedliśmy na ławeczce nad brzegiem rzeki (było już jednak jasno, a że to był grudzień, więc było dość późno, jak na kończenie imprezy) i otworzyliśmy winko bez pomocy korkociągu. Bo było najzwyczajniej w świecie zakręcane. W każdym razie ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, to gdy kończyliśmy butelkę wina...

... budzę się tego samego dnia po południu u siebie w mieszkaniu na Trójkącie. W pokoju lekki bałagan, ale nie jest strasznie. Pierwsze, co sprawdzam w takich sytuacjach, to czy jest portfel i komórka. Były. Wstaję z łóżka. Jest nieźle. Idę do łazienki. Tam nieco większy bałagan. Rzeczy, które normalnie stały na pralce, leżały na ziemi. Po lekkim ogarnięciu się wracam do swojego pokoju i chcę się ubrać. I tu niespodzianka! Gdy chcę założyć spodnie, okazuje się, że są mokre. Ale nie tak, jakbym się nie daj Bóg zesikał. Obie nogawki są mokre od połowy uda do samego dołu. Jakbym szedł w nich po wodzie. Sprawdziłem buty, te były też przemoczone. Dzwonię do E., czy nie wie co się stało. No ale ona miała urwanie filmu dokładnie w tym samym momencie, co ja i też nie pamiętała, jak wróciła do domu. Później się też okazało, że i M. popadł na tę samą dolegliwość. Całej trójce urwał się film w tym samym czasie i nikt z nas nie pamięta powrotu do domu. 

Czy jest to dowód na teleportacje? Nie. Ale jakoś do domu wróciłem, pytanie tylko czemu miałem nogawki mokre w taki dziwny sposób? Czyżbym chciał dalej bawić się w Jezusa i próbowałem iść po wodzie? Mnie się jednak wydaje, że po rozstaniu się z E. i M. próbowałem się teleportować do domu, ale coś poszło nie tak i wylądowałem w jakimś bajorze. Dopiero kolejna próba sprawiła, że znalazłem się już w domu. Może po prostu teleportowałem się prosto do wanny? Niestety nikt nie mógł potwierdzić tego, jak się tam znalazłem, gdyż moich współlokatorów nie było w tym czasie w wynajmowanym przez nas mieszkaniu. Jedynymi osobami, które mogą coś wiedzieć, są ci Polacy z Kanady, bo byli trzeźwi. Szkoda tylko, że już nigdy więcej ich nie widziałem. Jest to jedyna nie potwierdzona przez nikogo próba mojej teleportacji, ale na kolejną znowu mam świadka...

Historia 3

Zestaponi, woj. nie mam pojęcia, Gruzja, sierpień, rok 2014.

O tym wydarzeniu już praktycznie pisałem. Jednak pominąłem fakt teleportacji wtedy, by nie ośmieszać się całkowicie. Ostatnio jednak zacząłem czytać bloga Bunkrów nie ma, gdzie autor opisuje swoje wojaże w bardzo ciekawy sposób i natchnęło mnie to w głównej mierze do opisania również i tej historii. Kto nie czytał o trudnym powrocie z Armenii, to zapraszam go tutaj. Skrótowo tylko opowiem, że z Erywania wyjeżdżamy wcześnie rano, ale po przejechaniu 10 km wpadamy do Surena na śniadanko, do którego pijemy wódkę. Lekko zawiani pokonujemy dalszą drogę do stolicy Gruzji, kilkoma zatrzymanymi po drodze samochodami. Z Tibilisi jedziemy tirem z trzema mówiącymi tylko po gruzińsku kierowcami. Kupują nam po drodze piwka, następnie stawiają kolację i flaszkę Czaczy (zapijaną piwem) oraz znajdują nam nowego kierowcę. Ten nas zabiera dalej, ale po drodze kupuje flachę wódki i piwka na popitkę oraz każe pić za swoje zdrowie. Zasypiamy z Magdą w międzyczasie i budzimy się w Zestaponi, gdzie kierowca ma pauzę, a my idziemy szukać miejsca na rozbicie namiotu. Zagaduje do nas dwóch młodych Gruzinów, którzy wskazują nam miejsce nad rzeką na nocleg. Rozbijamy nasz namiot, a chłopaki wracają z dwiema butlami domowej roboty wina. Pijemy do porzygu (ja), żegnamy się z chłopakami i kładziemy spać do naszego przytulnego, rozkładanego domku. I teraz nastał ranek, ale najpierw słów kilka z dziennika podróżnego Madzi: 
Obudziłam się ok. 9. W namiocie. Sama. Na plecakach. Przed namiotem Miśka saszetka na dokumenty i kasę, magnesy na lodówkę, aparat fotograficzny i inne mniej wartościowe gadżety. Myślę, że Misiek poszedł gdzieś załatwić swoje potrzeby fizjologiczne. Po 10 minutach oczekiwań, nawoływań i przechadzek, nerwy zaczynają być silniejsze niż ból głowy. Jesteśmy rozbici nad stromym spadem do rzeki. W głowie mam same czarne myśli. Zaczynam pakować nasze bagaże i składać namiot. Staram się wymyślić wszelkie możliwe scenariusze, co się mogło stać i gdzie się zgłosić po pomoc. Po 20 minutach w oddali zauważam europejskie ciało w samych majtkach i sandałach. To zadowolony Misiek, który już z odległości 100 m bełkocze „Tylko o nic nie pytaj”. Sama nie wiem czy z nerwów, czy z radości zaczynam płakać. Misiek nie potrafi odpowiedzieć na pytanie „co się stało”. Wie tylko, że w wyżej opisanym stroju wybrał się na zwiedzanie miasta, a świadomość wróciła mu na jakimś moście pół godziny drogi od naszego obozowiska. Oddychamy z ulgą ciesząc się, że już jesteśmy razem, zbieramy rzeczy i idziemy na stopa. 
Było dokładnie tak, jak napisała Magda. Znowu się teleportowałem! Wywaliło mnie z namiotu i znalazłem się na jakimś moście. Byłem w samych majtkach i sandałach. Wczesny ranek, po godzinie ósmej. Miasteczko powoli zaczynało budzić się do życia, a ja nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Czy to na pewno Zestaponi? Gdzie się rozbiliśmy? Zacząłem szukać namiotu. Chodziłem od mostu do mostu (było ich całkiem sporo w tym mieście), bo pamiętałem, że koło jednego z nich rozbiliśmy namiot. Chodziłem po ulicach, a ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. Przechodziłem koło posterunku policji i nawet przeszła mi przez głowę myśl, by zagadać, do stojących przed nim policjantów i spytać się czy nie widzieli gdzieś namiotu. Ale stwierdziłem, że wezmą mnie za wariata i gdzieś mnie zamkną, bo nie mam przy sobie nic. Jestem w samych majtkach i sandałach, więc postanowiłem tylko przejść obok, jakby nigdy nic. Chłopaków w mundurach zamurowało trochę, ale nie zareagowali. Spacerowałem w takim stroju około godziny, martwiąc się o Magdę. Czy się już obudziła? Czy jej się nic nie stało? A jak ci młodzi chłopcy wrócili do namiotu i coś jej zrobili? Zwłaszcza, że wpadła jednemu z nich w oko. Byłem już coraz bardziej zdesperowany, bo przy kolejnym moście nie było takiej polany, na której się rozbiliśmy. Ostatecznie, cudem, za ratuszem, znalazłem drogę do naszego namiotu i w oddali zobaczyłem krzątającą się w pośpiechu i przerażeniu Magdę. Poczułem ogromną ulgę, że jest cała i zdrowa. Gdy mnie zobaczyła, puściły jej nerwy. Zaczęła płakać. Zdaje się, że na początku chciała mnie uderzyć, pobić, ale ostatecznie tylko się przytuliła. Opowiedziałem jej co i jak. Dawno już nie słyszałem wiązanki z jej ust, jaką do mnie wtedy wypowiedziała. Część jest nawet nagrane na filmie, ale nie będę tego nigdzie wrzucał, gdyż musiałbym cały film "wypipkać". Wtedy absolutnie nie było nam do śmiechu, jednak po czasie, jest to jedna z zabawniejszych historii z tego wyjazdu. Zwłaszcza moje paradowanie w majtkach po centrum miasteczka. Wiecie, nie byłoby to może takie dziwne, gdyby miasteczko było nad morzem. Ale to było samo centrum Gruzji, gdzie nawet tam mało kto w takim stroju paraduje z samego rana po ulicach. Wyobraźcie sobie, że jedziecie rano do pracy samochodem, a tu idzie biały gościu w samych sandałach i slipach. "Nago przez świat" albo "W slipkach przez świat" - taki cykl powinienem w telewizji rozpocząć i byłbym bardziej popularny od Wojciecha Cejrowskiego :D

Główny placyk w Zestaponi. Gdzieś tam za tym budynkiem była dróżka do namiotu...
Czy to jest dowód na moją teleportację? Nie, ale tak ona działa niestety. Nie potrafię jeszcze nad nią w pełni panować, przez co wychodzą takie klopsy. Podejrzewam, że tego poranka wyszedłem z namiotu za potrzebą, a coś poszło nie tak i znalazłem się na moście. W dodatku przy teleportacji straciłem prawie całe ubranie. Tak więc, jeśli zechcecie nabyć ową umiejętność, to musicie uważać, gdyż początki bywają trudne. Tak czy siak, trzeba kontynuować naukę i zacząć panować nad tą zdolnością. Zwłaszcza muszę dojść do tego, jak się teleportować na trzeźwo. Bardzo by mi to ułatwiło podróżowanie. Jak już przejdę na wyższy poziom wtajemniczenia, to na pewno się z Wami tym podzielę. Teraz jednak chyba będę musiał udać się na nauki do Tybetu. Myślę, że mnisi mogliby mi w tym pomóc. Jak myślicie?
Teleportacja Teleportacja Reviewed by Michał Cizio on 04:32 Rating: 5

1 komentarz:

Dzięki bardzo za poświęcenie czasu i energii na dotarcie aż tutaj :) Jeśli chcesz się podzielić swoimi przemyśleniami na temat tego posta lub całego bloga, nie wahaj się :)

Obsługiwane przez usługę Blogger.